Podchodziłam do napisania kolejnego rozdziały trylion razy i w końcu udało mi się to, wstawiam niepoprawione, przepraszam za błędy i za to, że tyle czekaliście.
***
               
                Czułam się naprawdę, źle. Bolał mnie każdy najmniejszy fragment ciała i byłam ich świadoma jak jeszcze nigdy w życiu. Chciałam je rozruszać, chciałam zrobić cokolwiek, ale nie mogłam poruszyć nawet powieką, żeby otworzyć oczy. Najgorsze było to, że nie mogłam też wypowiedzieć ani jednego słowa, mimo, iż próbowałam. Nie miałam pojęcia co się stało nic nie widziałam. Nie czułam przy sobie Jack'a i to było tak tragiczne, że nawet nie chciałam o tym myśleć. Nie miałam pojęcia co się stało czy to kara za moje życie? Czy trafiłam do piekła? To było by straszne.
                Z głębiny żalu wyciągnął mnie płacz a raczej wycie. Nie przypominało mi to, żadnego znanego mi do tej pory dźwięku. Skupiłam na nim moje zmysły. Doszłam do wniosku, że tak może płakać tylko jakieś dziecko. Tylko nie miałam pojęcia skąd tutaj, gdziekolwiek to 'tutaj' jest, miałoby się znaleźć dziecko. To było tak absorbujące dla mnie, że niemal nie umarłam ze strachu, kiedy poczułam na sobie ciężar i ciepło. Moje ciało bolało nieco mniej. Skupiłam się na czuciu i dźwiękach, jako, że to moje jedyne zmysły które zdawały się jakoś działać. Płacz ustał.
-Ciiii, widzisz ciocia śpi.- To był bez wątpienia głos Anny, niemal płakałam z ulgi. Mogłam ją słyszeć! Dopiero po chwili dotarło do mnie, że musiała położyć na mnie swoje dziecko. Tylko jak weszła za tą cholerną barierę z dzieckiem ?! Moje myśli były szybkie, a raczej zbyt wiele naraz przepływało przez mój mózg przez co nie mogłam dojść do jakiegokolwiek w miarę logicznego wniosku. Powiedziała, że śpię? Może udało im się mnie stamtąd wyciągnąć i jestem w domu Mikołaja? Nie wolno było mi tak myśleć, kolejna złudna nadzieja załamała by mnie. Nadal jednak nie wiedziałam gdzie jest Jack? Skupiłam się ponownie na słowach.
-To już prawie rok Elso odkąd wyjechałam a ty sie jeszcze nie obudziłaś, wiesz? Nie mam pojęcia, czy masz jakiekolwiek poczucie czasu, ale jeśli tak, to powinnaś wiedzieć, że odkąd w jakiś sposób wydostaliście się z tej bariery, to nie dałaś, żadnego znaku życia prócz słabego pulsu i płytkiego oddechu. Boję się, że Jack oszaleje. Obudził się po miesiącu, ja niestety musiałam wyjechać. Królestwo nie mogło pozostać bez władcy.- Dziecko uderzyło mnie swoją dłonią w policzek, przez co przeszył mnie dreszcz.- Jack nie może się na niczym skupić, siedzi tu u ciebie a ty nie dajesz mu żadnej odpowiedzi. Myślę, że już czas żebyś się obudziła.
-Sa!- Krzyknął malec klepiąc mnie po policzku.
-Widzisz Feliks się zgadza.- Nic więcej nie powiedziała, za zgrozą uświadomiłam sobie jak dorosła się stała. Usłyszałam jej lekki śmiech.- Nie kochanie, nie możesz spać na swojej cioci.- Pomyślałam, że nie wytrzymam takiej wegetacji, szczególnie, kiedy jestem w stanie słyszeć własne otoczenie. Wysilałam całą swoją silną wolę, żeby otworzyć te cholerne oczy, albo żeby chociaż jęknąć.
                Jack przyszedł długo po wizycie Anny i jej syna, nie odezwał się ani jednym słowem i to powiedziało mi jak poważna jest sytuacja. Trzymał mnie za rękę a ja mogłabym przysiąc, że słyszałam jak płacze. NAPRAWDĘ chciałam ścisnąć tą cholerną rękę i dać mu znak, że żyję. Jeśli się obudzę przysięgam, że przecząc całemu mojemu wychowaniu oświadczę mu się i zaciągnę przed ołtarz!
                To było niesamowite, ścisnęłam jego dłoń w mocnym uścisku i niemal mogłam poczuć jak wraca do niego energia życiowa.
-Elsa? Elsa? Elsa?- Powtarzał w kółko dotykając mojej twarzy ramion, całując mnie w policzka czoło i usta, zapewne gdybym mogła byłabym czerwona jak burak. Nie przywykłam do takich uczuć. Z zaskoczeniem powitałam gorąco na policzkach.- BOŻE TY SIĘ RUMIENISZ! -Krzyknął niemal do mojego ucha. Otworzyłam oczy, tak gwałtownie i z tak łatwo, że było to zaskoczeniem nawet dla mnie.
-Jack...- Mój głos był cichym charczeniem i nie byłam pewna czy mnie w ogóle zrozumiał, ale był taki szczęśliwy, że nawet nie próbowałam mówić więcej. Oparł czoło o moje i po prostu patrzył w moje oczy. Nie przerywałabym kontaktu wzrokowego i trwałabym tak jeszcze długo gdyby nie fakt, że miałam strasznie sucho w ustach.- Pić...- Spełnił moją prośbę od razu, miałam wrażenie, że nie wyceluje w drzwi. Denerwowało mnie to, że mogłam ruszać głową z ledwością. Dłonie też jako tako mnie słuchały, ale reszta była sparaliżowana. Wiedziałam, że to od leżenia. Straciłam prawie dwa lata. To była katastrofa. Razem z Jack'iem wpadli wszyscy moi przyjaciele. Uśmiechali się od ucha do ucha a i ja się uśmiechnęłam szeroko jak nigdy w życiu. Mały Feliks był najśliczniejszym dzieckiem jakie widziałam. Blond włosy opadały mu łagodnie koło twarzy a jego oczy patrzyły na mnie jak te Anny w dzieciństwie. To była moja rodzina. Łzy mimowolnie spływały po moich policzkach i to wcale nie z powodu tego, że wszystko mnie bolało, a ja nie mogłam się poruszyć. Mały chłopiec wyciągał do mnie z uśmiechem swoje małe rączki i to wydało mi się niezwykle urocze.
                Myślałam, że kiedy już napiję się wody i zacznę dość wyraźnie mówić na moje usta będą cisnąć się miliony pytań, ale ku mojemu zdziwieniu nie chciałam ich zadawać. Obiło mi się kiedyś o uszy zdanie "przeszłość zostawmy przeszłości" nie wiem dlaczego ta fraza pojawiła się w mojej głowie, ale w pełni się z nią zgadałam. Obudziłam się wszyscy których kocham są tu ze mną i są bezpieczni. Wszystkie oczy wlepione były  we mnie w oczekiwaniu, a mi na usta cisnęły się tylko te słowa.
-Kocham was.-  Jack usiadł koło mnie i złapał mnie za dłoń. Takiego szczęścia jeszcze nie widziałam na jego twarzy.
                Siedzieli nie więcej niż pół godziny i pozostawili taktownie się wycofać, żeby zostawić nas samych.
-Tak się o ciebie martwiłem.- Wyszeptał i pocałował wnętrze mojej dłoni.
-Postaram się więcej nie pakować się w kłopoty.-  Uśmiechnęłam się pokrzepiająco, wolałam to wszystko obrócić w nieudany żart.
-To nie jest zabawne.- Odparł nieco szorstko, co mnie zdziwiło. Jack zmienił się bardziej niż myślałam. Zmienił się przeze mnie.
-Przepraszam.- Powiedziałam łagodnie i uśmiechnęłam się lekko.
-Nic się nie stało, po prostu to była dla mnie naprawdę ciężka próba.- Pocałował mnie w policzek.
-Kocham cię.- Wyznałam ponownie, postanowiłam mówić mu to częściej.
-Kocham cię. - Powtórzył jak mantrę i połączył nasze usta w delikatnym pocałunku.
-Cieszę się, że cały czas we mnie wierzyłeś.- Dopiero teraz dotarło do mnie jak marnie wygląda.- Ale teraz myślę, że powinieneś iść spać.- Spojrzał na mnie z oburzeniem.
-Nigdzie się od ciebie nie ruszam, będę z tobą rozmawiał dopóki nie padnę.- Uśmiechnął się  tym swoim lekko bezczelnym uśmiechem, który tak bardzo kochałam. Niemal widziałam jak jego mięśnie się rozluźniają.
-Chętnie sama znalazłabym się we własnym pokoju.- Uśmiechnęłam się delikatnie. A on z nową energią podniósł się a później złapał mnie w swoje ramiona. Nie czułam się tak bezpiecznie od bardzo dawana.
-Zaraz więc się tam znajdziemy.- Pocałował mnie w czoło i ruszyliśmy powoli przez długie korytarze, po drodze nie spotykając nikogo.
-Jesteś szalony.- Stwierdziłam z śmiechem.
-Tak oszalały z miłości do ciebie.- Przyznał a mi jego wyznanie już nie przeszkadzało uśmiechnęłam się tylko i pocałowałam go w policzek.
                Jakiś czas później leżeliśmy razem w łóżku, ale nie było w tym nic intymnego. Dopiero kiedy emocje opadły zdałam sobie sprawę, ale tak NAPRAWDĘ, że jestem ciocią. Nie miałam pojęcia jak to jest być ciocią.
-O matko jestem ciocią.- Powiedziałam. - Moja młodsza siostra ma dziecko. Moja młodsza siostra jest matką.- Były to zdania oznajmiające oczywistości, ale dziwnym trafem dopiero teraz pojęłam ich sens. Jack  zaśmiał się radośnie i pogładził moją dłoń.
-Nie da się ukryć.- Odparł nadal śmiejącym się głosem.
-Och, zamknij się nie mam pojęcia jak to jest być ciocią.- Niemal wykrzyczałam mu do ucha.  
-Ej!- Krzyknął w odwecie.
-Przepraszam.- Odpowiedziałam, ale mój ton nie wyrażał skruchy.
-Tak jesteś.- Wypowiedział i zanim zdążyłam się zorientować złączył nasze usta w pocałunku.- A masz!
-Tak naprawdę się zemściłeś.- Powiedziałam z przekąsem.
-Brakowało mi ciebie.- Wyszeptał.
-Mi ciebie też.- Na tym skończyła się nasza konwersacja tego dnia.
                Później leżeliśmy tylko najbliżej siebie jak się dało i do mnie dotarło jakie mam szczęście, że na świecie jest taki Jack. Nie miałam pojęcia co przyniesie nam przyszłaś, wiedziałam jedynie, że nie wyobrażam sobie życia bez niego, był moim powietrzem. Długo patrzyłam na jego twarz zanim zasnęłam, rozmyślając o minionym dniu. Obudziłam się, mimo, iż strasznie długo spałam. Nie mogłam się za to obwiniać, gdybym miała zaatakować Mroka ponownie na pewno zrobiłabym to samo. Ważne, że wszystko skończyło się dobrze. Nawet mimo, że czeka mnie jeszcze długa rehabilitacja, to i tak dzień, kiedy wybudziłam się  ze śpiączki był jednym z najszczęśliwszych dni w całym moim, życiu. A muszę was zapewnić, że patrząc na to z perspektywy  czasu naprawdę niewiele było dni które zasługiwało na miano najszczęśliwszych.  


 Nie wiem do końca co myśleć o tym rozdziale a wy co uważacie?
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
                Pocałunek prawdziwej miłości, nie działał. Próbował tego codziennie i wiedział, że jego miłość jest szczera. Sam chętnie zamieniłby się z dziewczyną, ale zaraz reflektował się i przypominał sobie, że wolał by umrzeć, niż sprawić Elsie taki ból jaki on odczuwa, przez jej stan. Kochał ją tak mocno, zrobi wszystko, żeby zminimalizować jej cierpienie do minimum.
                Jeśli myślał, ze łatwo przyjdzie mu znaleźć rozwiązanie i nie wpaść w jakąś chorobliwą paranoję, to bardzo się mylił. Minęło osiem długich miesięcy odkąd zniknął Mrok, to był dla jednych czas na odbudowy własnych małych światów, które zniszczyło zło. Dla białowłosego to był koszmar z którego chciał się jak najszybciej obudzić. Na początku skupiał się na Elsie. Chciał ją obudzić, ale po jakimś czasie bezowocnych prób, zaczął przyglądać się barierze, która otaczała całą jej wspaniałą postać. Zewnętrzna, elektryzująca, błękitna skorupa, była niezwykle zimna, kawałki lodu wirowały w niej z zawrotną prędkością i naprawdę trudno było mu przez nią przechodzić. Skupił się najpierw na niej. Tworzył bariery, śnieżne mury o różnej grubości, które według niego spokojnie potrafiłyby, zatrzymać taką zamieć. Te jednak poddawały się po kilku minutach. Bezradność, próbowała przejąć nad nim kontrolę, ale się nie dał, nie mogło być tak, źle. Pokonali Mroka i jedyne co dzieliło go od szczęścia to właśnie wybudzenie ukochanej z tego okropnego snu. Oglądał barierę z każdej strony, dotykał jej delikatnie, patrząc z zdziwieniem jak jego palce, po raz pierwszy reagują na chłód.  To było zadziwiające, ekscytujące, nieprzyjemne ale przede wszystkim ludzkie. Jeśli, nie mógł znieść swojej bezradności, wlatywał w ten prąd i leciał przeciw niemu, dopóki tylko mógł wytrzymać. Powolny proces autodestrukcji, który zaczął jechać w naprawdę nieprzewidzianym kierunku. Miał nadzieję, że nie wykolei się przed stacją.
                Nie było tak, że walczył o Elsę sam, bo wcale tak nie było. Wszyscy wertowali książki, czy szukali ludzi, którzy być może mogą coś wiedzieć. Był im za to wdzięczny i naprawdę miał nadzieję, że  szybko którykolwiek z nich przyjdzie z przełomem. Pewnego dnia nie wytrzymał. Stał poza barierą, tym razem naprawdę nie wiedząc, czy da radę ja przejść... w jednym kawałku. Był osłabiony, doskonale wiedział, że się  trochę zaniedbał. Jego organizm nie przyzwyczajony do ograniczeń a umysł zmuszony do nagłego wysiłku. To nie mogło się dobrze skończyć. Naprawdę, nie miał pojęcia czy tym razem to dobry pomysł, pomyślał o małej przerwie, jeden dzień, będzie czytał książki i być może uda mu się coś znaleźć. Zaraz jednak pomyślał co mogłaby na takie zachowanie pomyśleć jego Elsa. Chciał ją zostawić. Ogarnęło go irracjonalne poczucie winy. Elsa nigdy nie winiłaby go za odpoczynek, ale jego zamroczony umysł nie pojmował tego na razie. Wszedł w wir, zrobił dwa małe kroki i wir go porwał...
                Dryfował, czuł ogromne zimno, ale nie znaczyło to nic w porównaniu z tą ciszą jak go ogarnęła. Przymknął oczy, włosy przez wiatr przylgnęły mu do głowy. Zaczął powoli odzyskiwać rozum i począł zwalniać. Skupił cało pozostałą w sobie energię i chciał zatrzymać się wraz z wiatrem, który go popychał.
                Był za słaby, moc tarczy jeszcze przyspieszyła, sprawiając, że przez siłę odśrodkową wyleciał z tamtą z zawrotną prędkością, usłyszał kolejny wybuch i zapadł w ciemność.
***
                Otworzyła powoli swoje oczy, nie było tak jak się spodziewała. Zaraz po przebudzeniu, nie była zdezorientowana, od razu wiedziała co się stało... no może nie do końca. Pamiętała, jak stanęła koło  Mroka, jak moc kumulująca się w jej sercu prawie wyrwała się z pod kontroli, rozmawiała z nim chwilę i wyprowadził ją z równowagi. Niestety. Jej plan zakładał, że go zamrozi, nawet jeśli jej moc byłaby trochę nieokiełznana to na pewno, nie ona powinna być zamrożona. Złapała się za głowa pomieszczenie w którym się znajdowała było duże, ale mimo to dziwnie klaustrofobiczne.  Szła przed siebie, krzyczała, płakała, nawoływała, groziła, śpiewała, tańczyła, czarowała i wiele innych by ktokolwiek ją zauważył. Miała wiele czasu na przemyślenia i postanowiła sobie, że jeśli jakoś stąd wyjdzie to nie będzie się już wahać w sprawie Jack'a. Kocha ją a ona kocha jego, nie miała pojęcia nad czym się do tej pory zastanawiała.
                Nie miała pojęcia czy ona w ogóle jeszcze żyje, miała myśli samobójcze, choć nie wiedziała, czy dokładnie tak je można nazwać, bo zakładając, że już nie żyje, to czy mogłaby się zabić? Była naprawdę blisko pierwszemu, poważnemu i zapewne nieodwracalnemu krokowi w tym kierunku i właśnie w ostatnim jej zawahaniu, usłyszała piękny, doskonały, dźwięczny głos ukochanego. Myślała, ze jeśli wcześniej była w pełni władz umysłowych, to teraz na pewno je straciła, ale z każdym kolejnym słowem robiła się na przemian szczęśliwa i zrozpaczona. Szczęśliwa, bo to co do niej mówił, przekonywało ją do walki i trwania w tym nieszczęściu. Pokazywał jej całego siebie wszystkie swoje lenki i wątpliwości. Zrozpaczona bo mimo, iż bardzo tego pragnęła nie miała pojęcia jak wydostać się z tej patowej sytuacji. Każdego dnia czekała z niecierpliwością momentu, kiedy do niej przyjdzie i zaczną rozmawiać. To dzięki niemu mogła w ogóle określić ile już znajduje się w tej dziwnej rzeczywistości. Prawie skakała ze szczęścia, kiedy dowiedziała się, że będzie ciocią. Pojawiły się też pytania, czy ona kiedykolwiek zostanie matką? A jeśli stąd wyjdzie, to czy w ogóle będzie miała dzieci? Nie chciała tych pytań, ale same pojawiły się w jej głowie. Czasem dochodziła do pozytywnych wniosków, a czasem... nie chciała myśleć o tych innych rozwiązaniach.
                Obudziło ją szarpnięcie. Światło i głośny, trudny do zidentyfikowania dźwięk, a później wiatr. Patrzyła przerażona w przestrzeń, po chwili coś z wielką szybkością przeleciało pół metra od niej. Wystraszyła się. Odwróciła niepewnie głowę, nie spodziewała się tego co zobaczyła.
-Jack...
***

                Czuł się niesamowicie lekko, ogarniał go tak dobrze znany mu zapach. Zapach, którym mogła poszczycić się tylko jedna osoba. Delikatna woń jego ukochanej. Jej perfumy otaczały go z każdej strony. Tak dawno nie czuł tego zapachu, że czuł się lekko przestraszony, ale jeśli to był sen, to nie chciał się jeszcze obudzić. Zaniepokoił go naprawdę dopiero delikatny dotyk na włosach. Otworzył oczy i spojrzał w na spokojną twarz ukochanej. Płakała, ale jej twarz była spokojna.
-Tylko dzięki twoim słowom, nie zwariowałam tu z samotności.- Wyszeptała, ale doskonale ją słyszał. Rozejrzał się gwałtownie, był... gdzieś. Leżał na białej podłodze, wszędzie było biało, nie widział, żadnych ścian. Mieli na sobie swoje ciuchy.
-To sen...- Wyszeptał.
-Raczej koszmar.- Westchnęła dziewczyna.- Znalazłam się tu, i nie wiedziałam co się stało. Szłam przed siebie, ale donikąd nie doszłam, jakbym się w ogóle nie poruszała. Tu jest tak cicho, za cicho. Sam na sam ze swoimi myślami, myślałam, że zwariuję. Tylko dzięki temu, że mówiłeś do mnie miałam jakąkolwiek nadzieję, że nie jestem wariatką.- Uśmiechnęła się przez łzy, które powoli zaczęły płynąć po jej policzkach.- Jestem taka szczęśliwa, że mogę cię dotknąć, zobaczyć. Mam jednak nadzieję, że to tylko mój sen, że nie ma cie tu naprawdę, bo to okropne miejsce. Okropne miejsce, gdzie ludzi czeka tylko samotność.- Rozpłakała się na dobre.
-Nie płacz...- Wyszeptał, ale tak naprawdę nie mógł znaleźć słów jakimi mógłby ją pocieszyć. Złapał ją w swoje objęcia i po chwilowym milczeniu wyszeptał prosto do jej ucha.- Gdybym miał przeżyć tysiąc lat na ziemi bez ciebie a dzień tu z tobą, wybrałbym to miejsce, bo tylko ty możesz sprawić, że stanę się szczęśliwy.- Pocałował, ją mocno z całej siły. Nie ośmielił się jeszcze nigdy włożyć tyle pasji w pocałunek z nią, bojąc sie, że ja wystraszy, ale teraz tego potrzebował. Czuł jej mocne pociągnięcia za kosmyki swoich włosów, ale nie znaczyły one bynajmniej, że ma przerwać. Oddawała, każdy pocałunek z pasją i mocą, nic się dla niej w tym momencie nie liczyło. Tylko ten mężczyzna, który trzymał  ją mocno w swoich ramionach. Chciała się zapomnieć, pragnęła tego. Pragnęła Jack'a a on pragnął jej.  Czuła to w każdym jego dotyku ust, każdej pieszczocie chłodnych, delikatnych dłoni. W każdym jęku i westchnieniu. W mimice jego twarzy i ruchach ciała...
                Anna podświadomie czuła, że stało się coś... nie potrafiła tylko określi czy dobrego, czy raczej złego. Miała mieszane uczucia. Była zaniepokojono i wiedziała, że musi kogoś wysłać, żeby sprawdził, co się dzieje z Jack'em i Elsą. Zawsze ufała swojej intuicji, a odkąd zaszła w ciąże stał się ona jeszcze bardziej przydatna i wyostrzona. Jeśli można użyć takich zwrotów odnośnie do intuicji właśnie. Najpierw wołała, ale nikt jej nie słyszał.  Później potłukła cały serwis do herbaty jaki stał na szafce nocnej koło jej łóżka, zaczęła mieć coraz większe trudności z oddychaniem. Wiedziała, że nie wolno jej się denerwować, ale jak miała zachować spokój, kiedy prawdopodobnie coś się dzieje z jej siostrą i jej ukochanym?! Wytarła łzy z policzków i wstała z pełnym zaciętości wyrazem twarzy.
-Ugh, Kristoff!- Krzyknęła zła i zadyszana.- Niech ja cię tylko spotkam, miałeś być w pobliżu!- Wyszła z pokoju w przewiewnej koszuli nocnej. Oparła się o ścianę, bo zakręciło jej się w głowie. Szła powoli, kroczek po kroczu, głaszcząc wolną dłonią zaokrąglony brzuch. Miała urodzić na dniach. Ciąża była i tak zagrożona, dlatego teraz prawie w ogóle nie ruszał się z łóżka. - Kirstoff - Krzyknęła stojąc u szczytu schodów. Zaczęła się poważnie martwić, nawet jeśli mąż by jej nie usłyszał to ktoś inny na pewno. Krzyczała bardzo głośno a domostwo wyglądało jak opuszczone. Wystraszyła się nie na żarty.
                Jack trzymał śpiącą ukochaną w ramionach. Chciał się stąd wydostać i wiedział, że Elsa pragnie tego tak samo mocno jak on. Zamknął oczy, z których powoli zaczęły wydostawać się. słone łzy. Miał nadzieję, że los nie dał mu szansy na zobaczenie jej po raz ostatni. Obawiał się, że gdyby teraz wrócił do rzeczywistości, to zwariowałby na pewno. Dziękował jednak losowi, że pozwoli mu z nią pobyć. Zamknął ją w ciasnym uścisku, drżących z niepewności ramion i wyszeptał prosto do jej ucha.
-Kocham cię.- Uśmiechnął się przez łzy. Znalazł ją i teraz musieli tylko wrócić do siebie razem. Nie było nawet mowy o tym, żeby jeszcze kiedykolwiek oddzielili się od siebie na dłużej. Wiedział, że to by go zabiło.
                Anna nie wiedziała, czy chce zejść na dół, czy wrócić do pokoju. Źle się czuła, wolała więc nie zagrażać, życiu dziecka. To było rozsądne z jej strony, mimo, iż ze względu na siostrę w ogóle nie miała ochoty tego robić. Weszła do pokoju i spojrzała się tępo na łóżko, nie była pewna co ma ze sobą zrobić. Nie mogła nic poradzić na to, że jej głowę nawiedzały coraz czarniejsze scenariusze. Usiadła ciężko na łóżku, wzdychając cierpiętniczo. Chciała odgonić ponure myśli i zaczęła przeglądać zdjęcia na półkach. Nagle zauważyła, koło zdęcia przedstawiającego ich czwórkę kawałek porwanego pergaminu i w pośpiechu wypisane słowa.

                Anno, nie denerwuj się, ale musiałem wyjść. Coś się stało przy barierze, zaczęła emanować dziwną energią, którą nawet ja czuję mimo, że jestem człowiekiem. Wrócę jak naj...

                Nie przeczytała dalej, bo złapał ją bardzo silny skurcz, już wcześniej miała kilka takich, ale nie powtarzały się tak często jak te i nie bolały tak mocno. Bała się. Łzy leciały po jej zaróżowionych z bólu policzkach. Doczołgała się na łóżko, z przerażeniem rejestrując, że skurcze nie mijają. Po chwili wiedziała co się stało. Zaczęła rodzić. Trochę za wcześnie, ale przecież nie mogła tego przerwać. Zacisnęła bardzo mocno zęby i zaczęła przeć, miała ogromną nadzieję, że ktokolwiek, zdąży przyjść. Cały czas pamiętała moment, kiedy dowiedziała się, że ciąża jest zagrożona. Czasem myślała, że nad jej rodziną ciąży jakieś fatum. Jęknęła z bólu i zaczęła krzyczeć. Nie długo wszystko miało się skończyć, była tego dziwnie pewna nie wiedziała tylko, czy to dobrze, czy źle...
               


 Mam nadzieję, że podoba wam się nowy wygląd bloga i ścieżka dźwiękowa :) Zapraszam na kolejny rozdział.
***
                Chciał zobaczyć to na własne oczy. Słyszał wybuch, nawet przez chwilę jego oczy widziały tą wielką błękitną kulę czystej energii, która teraz zmniejszyła się ale nadal istniała, złowroga i dziwnie klaustrofobiczna. Leciał bez opamiętania, głuchy na krzyki innych. To było nieodpowiedzialne, mógł zginąć. Nie wiedział co zastanie w miejscu wybuchu. Ale nie myślał o tym, nie to było najważniejsze. Nie miał w sobie miejsca na złość, smutek, czy żal. Nie myślał o nikim innym tylko o swojej ukochanej i rozpierała go miłość. Ona była jego motorem, to Ona sprawiała, że się nie załamał. Wielka, niczym nieograniczona miłość.
                Pamiętał bardzo zimny wiatr, szczypiący nawet Jego w nos i uszy. Czuł swoje skostniałe palce u rąk i stóp. Widział swój oddech w postaci białego obłoczka wydobywającego się z ust. Jego ciałem wstrząsały dreszcze a zimne powietrze świszczało w płucach. Wiedział, że nie może lecieć, a może nie wiedział tylko tak mu się wydawało? Pamiętał fizyczne odczucia, ale nie mógł sobie przypomnieć co myślał. To było jak odurzenie. Zupełnie jakby nagle dostał czymś bardzo ciężkim w głowę. Nie pamiętał po co szedł, czemu się tak śpieszył, ale doskonale wiedział, że wiatr który kiedyś był jego sprzymierzeńcem, teraz za wszelką cenę chciał powstrzymać go od zrobienia jeszcze jednego kroku. Czuł jak rozpada się na kawałki. Rozum już wiedział, oczy widziały, ale serce nie chciało uwierzyć...
                W samym środku kuli stworzonej z wiatru i śniegu panowała wichura czarnego piasku, która nijako oddzielała go od ukochanej, ale widział ją. Była cała, zastygła w pozie heroicznego oddania, z dłońmi uniesionymi delikatnie w górę i stanowczą miną. Zupełnie tak samo piękna jak zawsze, tylko bardziej nierealna, jakby była szklaną lalką. Wytężył wzrok i zrobił jeden krok, potem drugi i jeszcze jeden.  Kiedy zorientował się na co patrzy, przestał czuć wszystko prócz swojego rozszalałego serca, które niczym młot tłukło się o jego żebra. Z każdym jego uderzeniem bolało coraz bardziej. Nie był w stanie powiedzieć co czuje zewnętrznie jak i wewnętrznie. Kiedy poniósł dłoń do policzka ze zdziwieniem zauważył, że płacze. Czemu płakał? Ona nie umarła...
                Po tygodniu od śmierci Mroka większość zwołanych ludzi wyjechała. Składając jeszcze słowa otuchy w ręce Anny lub Jack'a, jeśli ten jakimś cudem oderwał się od ukochanej. Nikt nie miał odwagi iść do Elsy. Podziwiali ją, niektórzy uważali, że jej czyn był szalony. Ale nie byli gotowi by spojrzeć na nią. Nieruchomą, wiecznie żywą a jednak nie żyjącą. Piękną bohaterkę, pokrytą idealnie cienką i  perfekcyjnie niezniszczalną warstwą lodu. Nikt nie chciał powiedzieć Annie i Jack'owi, że mało prawdopodobne jest to, że ona jeszcze, żyje. Nikt, nawet Mikołaj, nie miał odwagi zabrać im ostatniej kropli nadziei.
                Anna martwiła się o Jack'a o ile ona znajdowała pocieszenie w ramionach ukochanego to on nie szukał u nikogo pomocy i z dnia na dzień stawał się coraz bardziej oszalały. Ona była pewna, że jej starsza siostrzyczka żyje i była pewna też, że Jack wierzy w to równie mocno co ona. Ale kiedy ona powoli doprowadzała siebie do stanu używalności i stałości psychicznej. On powoli przenosił coraz to nowe księgi do stup Elsy, cały czas z nią rozmawiając i szukając sposobu by ją ożywić. Nie jadł, nie spał. Musieli zmuszać go do każdej normalnej ludzkiej czynności. Anna chciała mu pomóc, tak  bardzo jak tego pragnęła tak bardzo była przykuta do łóżka. Nie widziała sensu w kłóceniu się z opinią innych, bo sama nie czuła się na siłach, żeby wstać i iść do siostry.
                Nikt nie miał pojęcia, że dojście do ukochanej za każdym razem robi się coraz trudniejsze. Czuje, że to go powoli zabije, nogi powoli odmawiają mu posłuszeństwa. Coraz dłużej musi odpoczywać u jej stóp żeby powiedzieć jej cokolwiek normalnym głosem. Siedzi tam całymi dniami, czasem nocami i wie, że o wiele szybciej szukał by informacji gdyby siedział w bibliotece, ale nie może. Kocha ją tak mocno...
-Jeśli kiedyś zamienisz się w cholerny pył i nie zdążysz powiedzieć do mnie ani słowa przysięgam, że cię zabiję! Słyszysz?! Znajdę cię i zabiję! Nie możesz mnie tak zostawić, nie tak...- Czasem tak wyglądały ich rozmowy, on krzyczał a później płakał u jej stóp. Chwilę potem z jeszcze nie zastygłymi łzami na policzkach zaczyna szukać bez opamiętania w księgach. Musi coś znaleźć to jedyne czego jest pewien w takich chwilach.
-Błagam cię. Musisz się obudzić! Wiem, że mnie słyszysz. Kocham cię. Elso proszę. Możesz niczego nie pamiętać do choler, ale wróć! Nie dla mnie ale dla swojej siostry. Dla Anny. Błagam cię.- Płakał, błagał prosił i modlił się. To były dwa stany które napadały go niespodziewanie w jej obecności. Czasem na nią patrzył. Równie często po prostu opowiadał jej co się dzieje. Nikt inny nie mógł przedostać sie do Elsy.
-Wiesz, że Anna jest naprawdę osłabiona. Prawie nie może się ruszać. Naprawdę jesteś jej potrzebna. Nie powiedziałem Ci najważniejszego. Zostaniesz ciocią. Będziesz wspaniałą ciocią. Mam nadzieję, że wrócisz do nas zanim dojdzie do rozwiązania. Anna nie chce wybierać imienia bez c-ciebie. Widzisz znowu się rozpłakałem. Ostatnio zrobiłem się miękki. Ale to nic. Chcę tylko, żebyś do mnie wróciła. Żebyś wróciła do Anny. Kocham cie.- Czasami się załamywał, ale szybko się otrząsał. W pewnym sensie czuł się dziwną, egoistyczną satysfakcję z tego, że tylko on może przebywać przy Elsie.
                Bał się jej dotknąć, wyglądała na taką delikatną, taką kruchą i nierealną. Czasem śniło mu się, że do niego przychodzi, przytula go patrząc smutnym wzrokiem pełnym miłości. Nic nie mówią tylko się tulą do siebie. Jack nigdy nie chce jej puszczać, w jego mniemaniu mógłby już nigdy się nie obudzić byleby tylko po prostu z nią być, czuć jej dotyk. Nie musiałby z nią nawet rozmawiać. Czasem, kiedy nie mógł niczego znaleźć, niczego co dawałoby mu nadzieję, że Elsa jednak się obudzi, chciał, pragnął całym swoim sercem usnąć i nigdy, nigdy się nie obudzić. Nie w rzeczywistości gdzie jej nie ma. Kiedy natomiast budził się ze snu w którym ona była, płakał, bardzo długo. Nie chciał sie budzić, tak bardzo nie chciał. Przez długie minuty a czasem nawet godziny nie kontaktował.
                Jego dusza i ciało nie współgrały ze sobą, bo jakby mogły, kiedy jego dusza, całe jestestwo było zakute w lodzie. Tak blisko niego zaledwie na wyciągnięcie dłoni...
                Czasem nawiedzały go okropne myśli. Nie chciał myśleć nimi, brzydził się nimi i bał się, że mogą okazać się cholerną prawdą. Stał wtedy przed Nią i po prostu patrzył. Zastawiał się co Ona o nim myśli, czy ma go za tak wielkiego egoistę za jakiego on się uważa, czy może brzydzi się nim bardziej niż on sam. Bo jak niby, może siebie uważać za nieszczęśliwego człowieka, skoro to Ona jest unieruchomiona, to Ona nie może nic do niego powiedzieć. Wtedy gdy takie myśli go nawiedzają, przez chwilę, ale tylko przez chwilę, nawiedza go ta okropna, ohydna myśl, że może Ona wolała by nie żyć...
                Siedział w swoim pokoju, nie miał, żadnej ochoty wstać. Czuł, że właśnie dotarł do jakiejś granicy swojej wytrzymałości. Codziennie rano budził się zapłakany. Wstawał, jadł śniadanie, które smakowało jak piasek, wynosił książki z biblioteki, przedzierał się przez tą dziwną kulę śniegu i czarnego piachu, krzyczał, płakał, błagał i modlił się. Szukał w księgach, płakał. Modlił się. Rozmawiał z nią. Płakał. Załamywał się. Szukał. Płakał. Zbierał w sobie siłę. Krzyczał. Błagał. Mdlał ze zmęczenia. Budził się zapłakany. Szukał. Szedł na kolację, dopiero wtedy, gdy ktoś próbował się dostać do niego ryzykując własnym życiem. Jadł. Czasem się mył. Kładł się. Płakał. Zasypiał. Budził sie zapłakany. Tak było dzień w dzień, zachowywał się według określonego schematu, czasami tylko zmieniając kolejność różnych czynności. Dzisiaj było inaczej. Nie chciało mu się wstać. Zastanawiał się czy Anna go znienawidzi za to, że zostanie w domu. Wiedział, że zawiedzie Elsę, ale nie był w stanie nawet ruszyć palcem. Patrzył się  w sufit i myślał o tym ile osób w tym momencie zawodzi, ale nie mógł nic z tym zrobić. Dopiero świtało. Nie podniósł się, kiedy usłyszał pukanie do drzwi, nawet nie jęknął. Nie chciał by ktokolwiek był światkiem jego słabości. Przez jego ciało co chwilę przechodziły zimne dreszcze, strachu i upokorzenia. Nie rozumiał siebie, jak może tak wszystkich zawodzić.
-Jack?- Do pokoju wszedł postawny blondyn. Białowłosy nie zaszczycił go nawet spojrzeniem. Kristoff usiadł na łóżku i poklepał go "po bratersku" po głowie. Wydawać by się mogło, że chłopak nie może być osobą, która pociesz innych w chwilach załamani, ale to właśnie on wypowiedział słowa, które postawiły Jack'a na nogi. I nie były to słowa pocieszenia, ani nawet krytyki. Było to błaganie o pomoc, coś, co było prawdą, ale Jack, nie chciał już więcej odpowiedzialności. Blondyn powiedział.- Wstaniesz teraz. Zjesz marne śniadanie i pójdziesz do Elsy. Nie obchodzi mnie jak marnie się czujesz teraz, bo wiem, że jeśli będziesz tak leżał pogrążysz się w tej swojej cholernej pustce. A na to nie mogę pozwolić, bo ona jest gorsza od śmierci i jak pochłonie ciebie, to jestem pewien, dotknie też Anny. Nie zamierzam do tego dopuścić. Ona nie stara się dotrzeć do siostry tylko dlatego, że wie, iż TY dotrzymasz JEJ towarzystwa, tylko dla tego jeszcze zachowała zdrowy rozsądek! Myślisz, że tylko ty cierpisz?! Przepraszam to nie jest ferr, ale na twoich barkach spoczywa zdrowie psychiczne mojej żony i nie mogę nic z tym zrobić. Po za tym pamiętaj, że skoro nie ty i nie Anna będziecie mieli nadzieję, to kto mam mieć? Zastanów się tym.- Jack pierwszy raz widział, żeby chłopak płakał i nawet nie starał się tego ukrywać. Pokiwał lekko głową i dopiero kiedy blondyn wyszedł zdobył się na odwagę i spróbował wstać. Był smutny, oczy szczypały od zbierających się w nich łez, ale pojawiła się też jeszcze większa determinacja, to uczucie rozpierało go od środka. Umył się. Zjadł jałowe śniadanie w swojej sypialni i poleciał do Ukochanej. Tym razem coś się zmieniło, na lepsze. Nie było już płaczu. Wiedział, że wszystko będzie dobrze. To jedyna opcja, nie widział innych i nie chciał widzieć. Patrzył na Jej twarz, w jej piękne oczy i odzyskiwał nadzieję. Nie miał pojęcia dlaczego dopiero słowa męża Anny tak na niego podziałały, bo przecież wiedział o tym od dawna. Po prostu przez chwilę musiał się załamać, to było nieuniknione. Upadł, ale teraz wstał jeszcze silniejszy.
-Słuchaj no kochanie.- Powiedział z determinacją.- Obudzisz się prędzej czy późnie i nie będzie mnie obchodzić co na to powiesz wyjdziesz za mnie. Będziemy razem szczęśliwi...- Uśmiechnął się lekko i wziął do rąk kolejną księgę.- Zamieszkamy razem i będziemy szczęśliwi!- Był zachwycony tą wizją. Praca szła mu jeszcze szybciej, co chwilę dorzucał jakieś niepowiązane z niczym konkretnym zdanie, które dotyczyło ich przyszłości. Pod koniec dnia doszedł do momentu, gdzie mówił.- A nasze wnuki będą słodziutki i będziemy je rozpieszczać.
                Wstąpiła w niego nadzieja. Tak, czasem płakał, tak głośno, że był pewien przebił ten szalejący głośno wokół czarny piach, ale już się tym nie przejmował. Bo to nie były łzy słabości. Nie był słaby. Można było powiedzieć o nim wszystko, ale nie to, że był słaby. On płakał, nie z rozpaczy. Płakał ze zniecierpliwienia, bo nie mógł doczekać się momentu kiedy Elsa  przytuli go naprawdę. Po raz setny powtarzał sobie w myślach jak bardzo Ją kocha. Wiedział, że to się nigdy nie zmieni. Ona była jego drugą połówką, żadna inna połówka nie będzie pasowała ani do Niej ani do Niego. Wiedział, że jest Tą jedyną. Ich miłość nie przeminie. Naprawdę zamierzał się jej oświadczyć, to nie były puste słowa. Przed jej aktem heroizmu, nie myślał nawet o swojej przyszłości, kiedy żyło się tak długo to nie miało znaczenia, ale teraz, kiedy już wie jak cienka linia łączy ich wieczność od nicości. To całkowicie zmieniło jego punktu widzenia. Uśmiechnął się patrząc w jej oczy. Tak bardzo Ją kochał, mógł Jej to powtarzać miliony razy, w myślach, na głos, na jawie, we śnie. Za każdym razem jednak nie nabierały one więcej znaczenia, bo już po raz pierwszy, kiedy je wypowiedział miały one prawdziwie wielką wartość, bo były szczere płynące z głębi serca.
-Wrócisz do nas...- Wyszeptał z delikatnym, ale pewnym siebie uśmiechem.- Mam na to całą wieczność.- Uśmiechnął się trochę melancholijnie.- Postaram się, żebyś nie musiała tak długo czekać...