Mam nadzieję, że podoba wam się nowy wygląd bloga i ścieżka dźwiękowa :) Zapraszam na kolejny rozdział.
***
                Chciał zobaczyć to na własne oczy. Słyszał wybuch, nawet przez chwilę jego oczy widziały tą wielką błękitną kulę czystej energii, która teraz zmniejszyła się ale nadal istniała, złowroga i dziwnie klaustrofobiczna. Leciał bez opamiętania, głuchy na krzyki innych. To było nieodpowiedzialne, mógł zginąć. Nie wiedział co zastanie w miejscu wybuchu. Ale nie myślał o tym, nie to było najważniejsze. Nie miał w sobie miejsca na złość, smutek, czy żal. Nie myślał o nikim innym tylko o swojej ukochanej i rozpierała go miłość. Ona była jego motorem, to Ona sprawiała, że się nie załamał. Wielka, niczym nieograniczona miłość.
                Pamiętał bardzo zimny wiatr, szczypiący nawet Jego w nos i uszy. Czuł swoje skostniałe palce u rąk i stóp. Widział swój oddech w postaci białego obłoczka wydobywającego się z ust. Jego ciałem wstrząsały dreszcze a zimne powietrze świszczało w płucach. Wiedział, że nie może lecieć, a może nie wiedział tylko tak mu się wydawało? Pamiętał fizyczne odczucia, ale nie mógł sobie przypomnieć co myślał. To było jak odurzenie. Zupełnie jakby nagle dostał czymś bardzo ciężkim w głowę. Nie pamiętał po co szedł, czemu się tak śpieszył, ale doskonale wiedział, że wiatr który kiedyś był jego sprzymierzeńcem, teraz za wszelką cenę chciał powstrzymać go od zrobienia jeszcze jednego kroku. Czuł jak rozpada się na kawałki. Rozum już wiedział, oczy widziały, ale serce nie chciało uwierzyć...
                W samym środku kuli stworzonej z wiatru i śniegu panowała wichura czarnego piasku, która nijako oddzielała go od ukochanej, ale widział ją. Była cała, zastygła w pozie heroicznego oddania, z dłońmi uniesionymi delikatnie w górę i stanowczą miną. Zupełnie tak samo piękna jak zawsze, tylko bardziej nierealna, jakby była szklaną lalką. Wytężył wzrok i zrobił jeden krok, potem drugi i jeszcze jeden.  Kiedy zorientował się na co patrzy, przestał czuć wszystko prócz swojego rozszalałego serca, które niczym młot tłukło się o jego żebra. Z każdym jego uderzeniem bolało coraz bardziej. Nie był w stanie powiedzieć co czuje zewnętrznie jak i wewnętrznie. Kiedy poniósł dłoń do policzka ze zdziwieniem zauważył, że płacze. Czemu płakał? Ona nie umarła...
                Po tygodniu od śmierci Mroka większość zwołanych ludzi wyjechała. Składając jeszcze słowa otuchy w ręce Anny lub Jack'a, jeśli ten jakimś cudem oderwał się od ukochanej. Nikt nie miał odwagi iść do Elsy. Podziwiali ją, niektórzy uważali, że jej czyn był szalony. Ale nie byli gotowi by spojrzeć na nią. Nieruchomą, wiecznie żywą a jednak nie żyjącą. Piękną bohaterkę, pokrytą idealnie cienką i  perfekcyjnie niezniszczalną warstwą lodu. Nikt nie chciał powiedzieć Annie i Jack'owi, że mało prawdopodobne jest to, że ona jeszcze, żyje. Nikt, nawet Mikołaj, nie miał odwagi zabrać im ostatniej kropli nadziei.
                Anna martwiła się o Jack'a o ile ona znajdowała pocieszenie w ramionach ukochanego to on nie szukał u nikogo pomocy i z dnia na dzień stawał się coraz bardziej oszalały. Ona była pewna, że jej starsza siostrzyczka żyje i była pewna też, że Jack wierzy w to równie mocno co ona. Ale kiedy ona powoli doprowadzała siebie do stanu używalności i stałości psychicznej. On powoli przenosił coraz to nowe księgi do stup Elsy, cały czas z nią rozmawiając i szukając sposobu by ją ożywić. Nie jadł, nie spał. Musieli zmuszać go do każdej normalnej ludzkiej czynności. Anna chciała mu pomóc, tak  bardzo jak tego pragnęła tak bardzo była przykuta do łóżka. Nie widziała sensu w kłóceniu się z opinią innych, bo sama nie czuła się na siłach, żeby wstać i iść do siostry.
                Nikt nie miał pojęcia, że dojście do ukochanej za każdym razem robi się coraz trudniejsze. Czuje, że to go powoli zabije, nogi powoli odmawiają mu posłuszeństwa. Coraz dłużej musi odpoczywać u jej stóp żeby powiedzieć jej cokolwiek normalnym głosem. Siedzi tam całymi dniami, czasem nocami i wie, że o wiele szybciej szukał by informacji gdyby siedział w bibliotece, ale nie może. Kocha ją tak mocno...
-Jeśli kiedyś zamienisz się w cholerny pył i nie zdążysz powiedzieć do mnie ani słowa przysięgam, że cię zabiję! Słyszysz?! Znajdę cię i zabiję! Nie możesz mnie tak zostawić, nie tak...- Czasem tak wyglądały ich rozmowy, on krzyczał a później płakał u jej stóp. Chwilę potem z jeszcze nie zastygłymi łzami na policzkach zaczyna szukać bez opamiętania w księgach. Musi coś znaleźć to jedyne czego jest pewien w takich chwilach.
-Błagam cię. Musisz się obudzić! Wiem, że mnie słyszysz. Kocham cię. Elso proszę. Możesz niczego nie pamiętać do choler, ale wróć! Nie dla mnie ale dla swojej siostry. Dla Anny. Błagam cię.- Płakał, błagał prosił i modlił się. To były dwa stany które napadały go niespodziewanie w jej obecności. Czasem na nią patrzył. Równie często po prostu opowiadał jej co się dzieje. Nikt inny nie mógł przedostać sie do Elsy.
-Wiesz, że Anna jest naprawdę osłabiona. Prawie nie może się ruszać. Naprawdę jesteś jej potrzebna. Nie powiedziałem Ci najważniejszego. Zostaniesz ciocią. Będziesz wspaniałą ciocią. Mam nadzieję, że wrócisz do nas zanim dojdzie do rozwiązania. Anna nie chce wybierać imienia bez c-ciebie. Widzisz znowu się rozpłakałem. Ostatnio zrobiłem się miękki. Ale to nic. Chcę tylko, żebyś do mnie wróciła. Żebyś wróciła do Anny. Kocham cie.- Czasami się załamywał, ale szybko się otrząsał. W pewnym sensie czuł się dziwną, egoistyczną satysfakcję z tego, że tylko on może przebywać przy Elsie.
                Bał się jej dotknąć, wyglądała na taką delikatną, taką kruchą i nierealną. Czasem śniło mu się, że do niego przychodzi, przytula go patrząc smutnym wzrokiem pełnym miłości. Nic nie mówią tylko się tulą do siebie. Jack nigdy nie chce jej puszczać, w jego mniemaniu mógłby już nigdy się nie obudzić byleby tylko po prostu z nią być, czuć jej dotyk. Nie musiałby z nią nawet rozmawiać. Czasem, kiedy nie mógł niczego znaleźć, niczego co dawałoby mu nadzieję, że Elsa jednak się obudzi, chciał, pragnął całym swoim sercem usnąć i nigdy, nigdy się nie obudzić. Nie w rzeczywistości gdzie jej nie ma. Kiedy natomiast budził się ze snu w którym ona była, płakał, bardzo długo. Nie chciał sie budzić, tak bardzo nie chciał. Przez długie minuty a czasem nawet godziny nie kontaktował.
                Jego dusza i ciało nie współgrały ze sobą, bo jakby mogły, kiedy jego dusza, całe jestestwo było zakute w lodzie. Tak blisko niego zaledwie na wyciągnięcie dłoni...
                Czasem nawiedzały go okropne myśli. Nie chciał myśleć nimi, brzydził się nimi i bał się, że mogą okazać się cholerną prawdą. Stał wtedy przed Nią i po prostu patrzył. Zastawiał się co Ona o nim myśli, czy ma go za tak wielkiego egoistę za jakiego on się uważa, czy może brzydzi się nim bardziej niż on sam. Bo jak niby, może siebie uważać za nieszczęśliwego człowieka, skoro to Ona jest unieruchomiona, to Ona nie może nic do niego powiedzieć. Wtedy gdy takie myśli go nawiedzają, przez chwilę, ale tylko przez chwilę, nawiedza go ta okropna, ohydna myśl, że może Ona wolała by nie żyć...
                Siedział w swoim pokoju, nie miał, żadnej ochoty wstać. Czuł, że właśnie dotarł do jakiejś granicy swojej wytrzymałości. Codziennie rano budził się zapłakany. Wstawał, jadł śniadanie, które smakowało jak piasek, wynosił książki z biblioteki, przedzierał się przez tą dziwną kulę śniegu i czarnego piachu, krzyczał, płakał, błagał i modlił się. Szukał w księgach, płakał. Modlił się. Rozmawiał z nią. Płakał. Załamywał się. Szukał. Płakał. Zbierał w sobie siłę. Krzyczał. Błagał. Mdlał ze zmęczenia. Budził się zapłakany. Szukał. Szedł na kolację, dopiero wtedy, gdy ktoś próbował się dostać do niego ryzykując własnym życiem. Jadł. Czasem się mył. Kładł się. Płakał. Zasypiał. Budził sie zapłakany. Tak było dzień w dzień, zachowywał się według określonego schematu, czasami tylko zmieniając kolejność różnych czynności. Dzisiaj było inaczej. Nie chciało mu się wstać. Zastanawiał się czy Anna go znienawidzi za to, że zostanie w domu. Wiedział, że zawiedzie Elsę, ale nie był w stanie nawet ruszyć palcem. Patrzył się  w sufit i myślał o tym ile osób w tym momencie zawodzi, ale nie mógł nic z tym zrobić. Dopiero świtało. Nie podniósł się, kiedy usłyszał pukanie do drzwi, nawet nie jęknął. Nie chciał by ktokolwiek był światkiem jego słabości. Przez jego ciało co chwilę przechodziły zimne dreszcze, strachu i upokorzenia. Nie rozumiał siebie, jak może tak wszystkich zawodzić.
-Jack?- Do pokoju wszedł postawny blondyn. Białowłosy nie zaszczycił go nawet spojrzeniem. Kristoff usiadł na łóżku i poklepał go "po bratersku" po głowie. Wydawać by się mogło, że chłopak nie może być osobą, która pociesz innych w chwilach załamani, ale to właśnie on wypowiedział słowa, które postawiły Jack'a na nogi. I nie były to słowa pocieszenia, ani nawet krytyki. Było to błaganie o pomoc, coś, co było prawdą, ale Jack, nie chciał już więcej odpowiedzialności. Blondyn powiedział.- Wstaniesz teraz. Zjesz marne śniadanie i pójdziesz do Elsy. Nie obchodzi mnie jak marnie się czujesz teraz, bo wiem, że jeśli będziesz tak leżał pogrążysz się w tej swojej cholernej pustce. A na to nie mogę pozwolić, bo ona jest gorsza od śmierci i jak pochłonie ciebie, to jestem pewien, dotknie też Anny. Nie zamierzam do tego dopuścić. Ona nie stara się dotrzeć do siostry tylko dlatego, że wie, iż TY dotrzymasz JEJ towarzystwa, tylko dla tego jeszcze zachowała zdrowy rozsądek! Myślisz, że tylko ty cierpisz?! Przepraszam to nie jest ferr, ale na twoich barkach spoczywa zdrowie psychiczne mojej żony i nie mogę nic z tym zrobić. Po za tym pamiętaj, że skoro nie ty i nie Anna będziecie mieli nadzieję, to kto mam mieć? Zastanów się tym.- Jack pierwszy raz widział, żeby chłopak płakał i nawet nie starał się tego ukrywać. Pokiwał lekko głową i dopiero kiedy blondyn wyszedł zdobył się na odwagę i spróbował wstać. Był smutny, oczy szczypały od zbierających się w nich łez, ale pojawiła się też jeszcze większa determinacja, to uczucie rozpierało go od środka. Umył się. Zjadł jałowe śniadanie w swojej sypialni i poleciał do Ukochanej. Tym razem coś się zmieniło, na lepsze. Nie było już płaczu. Wiedział, że wszystko będzie dobrze. To jedyna opcja, nie widział innych i nie chciał widzieć. Patrzył na Jej twarz, w jej piękne oczy i odzyskiwał nadzieję. Nie miał pojęcia dlaczego dopiero słowa męża Anny tak na niego podziałały, bo przecież wiedział o tym od dawna. Po prostu przez chwilę musiał się załamać, to było nieuniknione. Upadł, ale teraz wstał jeszcze silniejszy.
-Słuchaj no kochanie.- Powiedział z determinacją.- Obudzisz się prędzej czy późnie i nie będzie mnie obchodzić co na to powiesz wyjdziesz za mnie. Będziemy razem szczęśliwi...- Uśmiechnął się lekko i wziął do rąk kolejną księgę.- Zamieszkamy razem i będziemy szczęśliwi!- Był zachwycony tą wizją. Praca szła mu jeszcze szybciej, co chwilę dorzucał jakieś niepowiązane z niczym konkretnym zdanie, które dotyczyło ich przyszłości. Pod koniec dnia doszedł do momentu, gdzie mówił.- A nasze wnuki będą słodziutki i będziemy je rozpieszczać.
                Wstąpiła w niego nadzieja. Tak, czasem płakał, tak głośno, że był pewien przebił ten szalejący głośno wokół czarny piach, ale już się tym nie przejmował. Bo to nie były łzy słabości. Nie był słaby. Można było powiedzieć o nim wszystko, ale nie to, że był słaby. On płakał, nie z rozpaczy. Płakał ze zniecierpliwienia, bo nie mógł doczekać się momentu kiedy Elsa  przytuli go naprawdę. Po raz setny powtarzał sobie w myślach jak bardzo Ją kocha. Wiedział, że to się nigdy nie zmieni. Ona była jego drugą połówką, żadna inna połówka nie będzie pasowała ani do Niej ani do Niego. Wiedział, że jest Tą jedyną. Ich miłość nie przeminie. Naprawdę zamierzał się jej oświadczyć, to nie były puste słowa. Przed jej aktem heroizmu, nie myślał nawet o swojej przyszłości, kiedy żyło się tak długo to nie miało znaczenia, ale teraz, kiedy już wie jak cienka linia łączy ich wieczność od nicości. To całkowicie zmieniło jego punktu widzenia. Uśmiechnął się patrząc w jej oczy. Tak bardzo Ją kochał, mógł Jej to powtarzać miliony razy, w myślach, na głos, na jawie, we śnie. Za każdym razem jednak nie nabierały one więcej znaczenia, bo już po raz pierwszy, kiedy je wypowiedział miały one prawdziwie wielką wartość, bo były szczere płynące z głębi serca.
-Wrócisz do nas...- Wyszeptał z delikatnym, ale pewnym siebie uśmiechem.- Mam na to całą wieczność.- Uśmiechnął się trochę melancholijnie.- Postaram się, żebyś nie musiała tak długo czekać...


Pegazy były naprawdę pięknymi stworzeniami, czarodzieje z zafascynowaniem przyglądali się śnieżnym koniom, chcąc pojąć, w jaki sposób Elsa je ożywiła, ta jednak nie miała ochoty rozmawiać o aspektach i ograniczeniach swojej mocy, za bardzo zależało jej na czasie. Wiedziała, że suknia nie będzie odpowiednim strojem na lot koniem, dlatego, założyła swój strój do jazdy konnej, drugi pożyczyła Laurze. W skład stroju wchodziły dopasowane czarne spodnie, biała koszula i brązowy długi płaszcz z kapturem z rozcięciem z tyłu.
Było zimniej niż podejrzewali, Elsie nie robiło to różnicy, ale innym tak, dlatego musieli lecieć nieco wolniej niż planowali, zdążyli jednak dotrzeć na miejsce w samą porę, nie mieli czasu, żeby znowu powtórzyć swój plan. Elsa zachowywała się spokojnie, choć wewnątrz drżała ze strachu, wiedziała, że musi się uspokoić, bo koszmary przyciąga strach, tym razem nie był to strach spowodowany jej mocą albo bezradnością, bała się, że może nie wrócić z tej misji bała się o swoje życie. Ukradkiem, kiedy zdawało jej się, że nikt na nią nie patrzy pozwoliła sobie na kilka dramatycznych oddechów. Pomogło jej się to w nieznacznym stopniu uspokoić. Zdobyła się na pokrzepiający uśmiech w stronę pozostałych i ruszyła razem z Laurą w stronę siedzimy Mroka.
Twierdza była dokładnie taka, jaką wyobrażała sobie Elsa. W porównaniu z jej zamkiem czy z domem Mikołaja wydawała się mizerna i mała, ale to były tylko pozory. Kamienny budynek otaczały drzewa, nieliczne okna były tak małe, że na pewno nie udałoby się im przez nie uciec w razie potrzeby. Nieco zmartwiło to blondynkę, bo na razie widziała tylko jedno wejście, które było pilnie strzeżone. Budynek znajdował się po środku puszczy, nikt raczej się tu nie zapuszczał, wyglądał na opuszczony, a czarne cienie przemieszczające się po posiadłości dodawały mu tylko upiornego wyrazu.
-Podwoili straże.- Szepnęła z niedowierzaniem Laura. Elsa wyczuła, że dziewczyna powoli się poddaje, nie mogła do tego dopuścić, jeśli się poddają zaczną być nieostrożne a to może nieść za sobą straszne konsekwencje.- Nie dostaniemy się do środka.- Mózg władczyni lodu pracował na potrojonych obrotach spojrzała na siebie i na twierdzę i już wiedziała, co muszą zrobić.
-Dostaniemy się.- Powiedziała z pewnością w głosie Elsa. Wszystkie wątpliwości, jakie miała nagle zniknęły. Ruszyła przed siebie pewnym krokiem.-Powiesz, że mnie przekonałaś abym się do ciebie przyłączyła, abym przyłączyła się do Mroka, kiedy tylko Cię odwoła pobiegniesz do siostry i uciekniecie.
-Co?! Nie możesz!- Laura nie mogła na to pozwolić, ale Elsa już zdecydowała, miała plan, jeśli Mrok zostanie pozbawiony pomocy dziewczyn, nie będzie mógł już nikim manipulować to dostatecznie go zdenerwuje może nawet na tyle, że straci koncentracje i Elsa będzie mogła zadać ostateczny cios, nawet za cenę własnego życia. Nie, nie była by zdolna do morderstwa, nawet, jeśli miałaby zabić kogoś tak niegodziwego, ale miała inny plan. Laura tylko z wyrazu twarzy blondynki mogła stwierdzić, że nic nie wskóra, ale mimo to nie ruszyła się nawet o milimetr.
-Pójdę nawet bez ciebie!- Krzyknęła nie przejmowała się czy ktoś ją usłyszy, nie teraz, kiedy już postanowiła. Nie będzie żadnej wojny, ani rozlewu krwi już ona się o to postara.Czarnowłosa ruszyła do Elsy, nadzieje powróciła, już niedługo spotka swoją siostrę. Jeśli wszystko pójdzie dobrze...
                Weszły o dziwo bez problemu, Elsa uważała, że to podejrzane, ale nie było już żadnej możliwości odwrotu.  Szła z mocno kołaczącym sercem przez ciemny i bardzo słabo oświetlony, wilgotny korytarz.  Laura bez słowa szła za nią, od wewnątrz trawiło ją oczekiwanie na wolność i strach. Teraz bała się o dwie osoby, o swoją siostrzyczkę i Else, śmiało mogła nazwać tą drugą przyjaciółką. Doszły do dużych drzwi, były podniszczone, ale jednocześnie zdawały się być bardzo trudne do sforsowania. Zatrzymały się przed nimi na chwilę.
-Pamiętaj.- Szepnęła Elsa.- Kiedy tylko Cię wypuści, zabierasz swoją siostrę i uciekasz jak najdalej. Gdybym już nie wyszła powiedz Jack’owi i Annie, że ich kocham.
-Co ty…- Nigdy nie dokończyła tego pytania, bo Elsa otworzyła drzwi, za którymi znajdował się Mrok, w każdym tego słowa znaczeniu.
                Anna obudziła się targana niezwykle dziwnym przeczuciem, poderwała się gwałtownie i zaczęła się szybko ubierać, jednocześnie chciała zachowywać się jak najciszej. Nie rozumiała powodu swojego roztrzęsienia, ale było to uniej conajmniej dziwnym stanem. Ręce jej się trzęsły i dziwnie pociły, próbowała zapiąć sukienkę, ale ręce z żadne skarby świata nie chciały z nią współpracować. Pierwszy raz zdarzyło jej się tak szpetnie i głośno przekląć. Z nerwów bolał ją brzuch, to nie było wcale a wcale miłe uczucie.  Jakimś cudem udało jej się nie obudzić, męża mimo, iż jej ruchom daleko było do ciszy. Szybkim krokiem ruszyła do drzwi, nie zdążyła tam jednak nawet dojść bo poczuła nagłą falę mdłości. Próbowała ją zignorować, ale nie dało sie już po kilku krokach wiedziała, że jeśli szybko nie znajdzie się w pobliżu łazienki to będzie bardzo źle. Pozwoliła, więc, żeby ten dziwny i irracjonalny strach opanował ją jeszcze bardziej. Sama siebie próbowała uspokoić, mówiła, że gdyby naprawdę coś złego się stało to na pewno już by o tym wiedziała. Wiedziała, że tak by było a mimo to po jej policzkach płynęły łzy, kiedy zwracała wczorajszą kolację.
                Jack cały w niepewności stał pod drzwiami swojej ukochanej, nie był pewny, że porozumienie od którego doszli wczoraj jeszcze trwa. Serce biło mu mocno a na ustach znajdował się szeroki uśmiech. Zapukał energicznie i nie czekając na odpowiedz wszedł do pustego pokoju. Łóżko było zaścielona a pościel zimna, był ranek i wiedział, że Elsa powinna jeszcze znajdować się w pokoju, nie zaniepokoił się jednak tak jak powinien. Pomyślał, że nie mogła spać i znajduje się teraz w jadalni, nie mógł się bardziej mylić. W jego umyśle pojawił się cień strachu, ale zignorował go nie mógł pozwolić, żeby cokolwiek rozdzieliło jego i Elsę, nie dopuszczał do siebie takich myśli.
                Wszedł do jadalni i powolnym spojrzeniem powiódł po znajdujących się tam ludziach. Nie zauważył Elsy, Anny i Kristoff'a, Astrid i Czkawki oraz co najbardziej go zdenerwowało Laury. Miał już się spytać kogoś, czy nie wiedzą, gdzie owa grupa może się znajdować, kiedy do pomieszczenia wpadł rozdygotany blondyn. Był blady jak trup, a zwyczajowa wesołość ustąpiła miejsca autentycznemu przerażeniu.
-Anna!- Krzyknął wskazując dłonią bliżej nieokreślony kierunek.- Źle się czuje i chyba ma gorączkę, ale cały czas woła, żeby zobaczyć co z Elsą. Gdzie ona jest?- Krzyknął. Wydawał się być rozerwany między pragnieniem wiecznego trwania przy żonie a spełnieniem jej prośby.  Jack słysząc tylko imię swojej lubej wybiegł z domu i zaczął wołać ją, po kilku próbach i ciszy która mu odpowiedziała, zaczął panikować. Latał w tą i z powrotem niczym w jakimś amoku jakby to miało sprawić, że zaginieni zaraz się pojawią. Był pewien, że to wina Laury. Zaczął się na nią wściekać i wyzywać na wszystkie znane sobie sposoby, dopiero ciepła dłoń Mikołaja na ramieniu pozwoliła mu się opanować na tyle by przyjąć plan działania jaki wymyśliła reszta, podczas gdy on panikował. Nie wiedzieli gdzie są, ale starali się uspokoić Jack'a. Nie mogli dopuścić, by w szeregach zapanował chaos. Nikt nie śmiał na głos powiedzieć tego co wszystkim chodzi po głowach, ale Anna było tego niemal pewna. Czuła, że Elsa w tym momencie znajduje się tam skąd nie ma wyjścia. Wiedziała, że wszystko rozstrzygnie się  szybciej niż powinno a ona jeszcze nie była na to gotowa. Miała nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczy swoją siostrę. Wszyscy mieli nadzieję, że jeszcze kiedyś ujrzą Elsę.
                Laura biegła ile sił w nogach, nie miała czasu do stracenia. Zdradzieckie łzy lały się po jej policzkach i czuła uścisk w brzuchu. Po chwili wleciała przez stare drzwi do małego pokoju w którym znajdowały się tylko dwie prycze, które ledwo można było nazwać łóżkami i jeden kufer na ubrania. Smutna złotooka dziewczyna spojrzała na Laurę a jej oczy momentalnie rozszerzyły się w wyrazie bezgranicznego szczęścia. Rzuciła się na Laurę z cichym piskiem i rozpłakała się.
-Bałam się, że już Cię nie zobaczę.- Ściskała kurczowo dłonie na ramionach siostry, jakby bojąc się, że ta zaraz zniknie i już nigdy się nie zobaczą.
-Ciii...- Uspokajała siostrę.- Spokojnie, musimy teraz szybko stąd wyjść, nie ma czasu.- Pomogła wstać siostrze, wzięła kilka jej rzeczy i lekko przyspieszonym krokiem zaczęły pędzić w stronę wyjścia. Odprowadzał je opętańczy śmiech zadowolenia Mroka.  Laura miała wielką ochotę wrócić po blondynkę, ale wiedziała, że był to daremny trud. Nie pokonała by Mroka, ona umie jedynie zmieniać wygląd. Łzy bólu i straty płynęły po jej policzkach, kiedy wsiadała na konia z siostrą i łzawym głosem kazała wszystkim wracać. Obróciła się tylko raz, w samą porę by z oddali zobaczyć wybuch dziwnej jasno niebieskiej pary i kawałków lodu. Nie zastanawiała się co to jest, ale wiedziała jedno. Wybuchu nie spowodował Mrok.
                Nie miała odwagi stanąć twarzą w twarz z Jack'iem i resztą rodziny Anny. Rozdzieliła się z nimi w połowie drogi postanawiając, że zamieszka w razem z siostrą gdzieś, gdzie ich umiejętność nie będzie mogła posłużyć nikomu w złych celach. Wiedziała, że jest tchórzem, ale nie dała by rady. Wolała, żyć z tym piętnem do końca. Niż powiedzieć ukochanemu Elsy, że dziewczyna prawdopodobnie nigdy już nie pojawi się w jego życiu. Chciała zamknąć ten rozdział, musiała dla swojej siostry. Miały tylko siebie.
                Anna w pewnym momencie zasnęła w połowie z gorączki a w połowie ze zmartwienia. Obudziło ją lekkie drżenie ziemi, zerwała się błądząc po zebranych przy jej boku ludziach niewidzącym wzrokiem, po czym znów zapadła w sen. Następne przebudzenie, obudziło nieco bardziej jej świadomość. Już nie czuła tego irracjonalnego strachu, zastąpiła go przerażając pustka. Przy jej łóżku siedział tylko jej mąż. Miał załzawione oczy i grobowy wyraz twarzy. Do głowy wpadło jej naraz tysiące czarnych scenariuszy.
-Kochanie...- Zaczął powoli i niepewnie, z jakiegoś powodu Anna zdenerwowała się cholernie z powodu tonu jego głosu.
-Lepiej przemyśl dwa razy to co chcesz mi powiedzieć.- Prawie krzyknęła ze złością. Blondyn jedynie opuścił głowę nie patrząc jej w oczy.
-Elsa...Ona...
-Nie kończ.- Mimowolnie kręciła głową.
-Doprowadziła do eksplozji w której zginął Mrok...- Anna zaczęła płakać wiedziała, że to nie jest koniec wypowiedzi.
-Gdzie ona jest?- Spytała na przekór tego co powoli do niej docierało.
-Przykro mi Anno.- Zaczął płakać i przytulił ją do siebie.
-Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie...- Powtarzała się i nie mogła przestać.- Kłamiesz! Odwołaj to! W tej chwili.
-Anno...
-Nie...- Łzy płynęły po jej policzkach.- To nie prawda... To mi się tylko śni...- Ale wiedziała, że to nie sen. Jej krzyki powoli słabły, pozostał tylko cichy szept i łzy...



   Ależ wy umiecie słodzić..... Dobra miałam dodać 14-tego, ale macie cieszcie się, to dla was za ten mój uśmiech, który wywołują na mojej twarzy wasze komętarze...

   Kiedy tylko Elsa poznała Czkawkę wiedziała, że jego imię jest zwodnicze. Wyglądał na bezbronnego, ale jego pewność siebie i sam sposób wysławiania się dawały do zrozumienia, że jest on osobą o niezwykłej inteligencji, nie wywyższał się jednak i to tak naprawdę przekonało do niego Elsę. Wiedziała, że owijanie w bawełnę nic nie da, więc zabrała i jego i Astrid do swojego pokoju i powoli wykładała im plan, odpowiadała spokojnie na każde pytanie, najgorzej było, kiedy Astrid spytała, dlaczego mają pomagać komuś, kto potencjalnie może być zły. Wiedziała, że nie mają zaufania do Laury, ale zapewniła ich o tym, że mogą im obu zaufać, bo doskonale wiedzą, co robią, a świat nie dzieli się na dobrych i złych, nie każdy może być tym, kim chce. Kiedy Elsa wymawiała te słowa broniąc Laury, w pewien sposób czuła jakby mówiła o sobie, ona do niedawna nie mogła być sobą...
   Rozmowy przebiegły zadziwiająco dobrze i po chwili, którą była królowa dała im na przemyślenie całej oferty, zgodzili się. Nie umknęło uwadze Elsy, że Czkawka był do tego wszystkiego nastawiony bardziej pozytywnie. Co do Astrid to jej jeszcze nie rozgryzła. Dziewczyna była niezależna a jednak zawsze kręciła się blisko brązowowłosego. To były jednak ich prywatne sprawy. Władczyni lodu interesowało tylko to, że zgodzili się jej pomóc, że zgodzili się zrobić wielką rysę na planie Mroka, który chciał ich zniszczyć.
   Smoczy jeźdźcy zaraz spakowali się i poszli na przeszpiegi, aby dowiedzieć się jak dokładnie wygląda miejsce ukrycia Mroka. Elsa martwiła się o nich i chodziła niespokojnie po swoim pokoju, nie mogła się na niczym skupić a czarne myśli ciągle napływały do jej głowy. Nawet Laura zwracała jej uwagę, że jeśli się nie opanuje to ich cały plan wyjdzie na jaw. Elsa poczuła się urażona, kto, jak kto ale ona potrafi kontrolować swoje emocje, tylko, co z tego, skoro serce ściskało jej się ze strachu.
   Tym czasem czkawka sumiennie latał wkoło siedziby Mroka i rysował każdy szczegół jaki widział, czarne stwory biegające wokoło posesji zdawały się być cały czas na posterunku, w końcu jednak spostrzegł, że po około sześciu godzinach, szarzeją i powoli znikają, po pięciu minutach pojawiają się nowe, które tak jak poprzednie wytrzymują tylko sześć godzin. Zapisał to wszystko a Astrid obserwowała zimie w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia. Wracali już spokojniej, teraz dopiero zobaczyli na własne oczy, z czym przyjdzie im się zmierzyć po półgodzinie drogi usłyszeli śmiech a w niebo wystrzeliła stróżka wody.
-Nie trafiłeś! Marny z ciebie czarodziej!- Usłyszeli męski głos i śmiech, nie zastanawiali się długo nie mieli czasu. Zlecieli, więc tylko odrobinie niżej i widząc dwóch młodzieńców, którzy najwyraźniej byli czarodziejami, postanowili w stary, dobry sposób wikingów, porwać ich. Lecieli do domu w akompaniamencie krzyków i przekleństw, ale nie mieli czasu na wyjaśnienia, musieli przedstawić tą dwójkę Elsie, wiedzieli, że czarownicy bardzo mogą im pomóc.
   Elsa mogła odetchnąć dopiero następnego dnia, kiedy wpadł do niej uśmiechnięty Czkawka i przedstawił dokładny rysunek twierdzy Mroka, zaznaczył gdzie znajdują się strażnicy i ilu ich jest. Zaraz po nim Astrid wręcz wciągnęła do pomieszczenia rozkojarzonego blondwłosego nastolatka i trochę starszego buntowniczo nastawionego bruneta.
-Kto to?- Spytała zdziwiona, każąc im wszystkim usiąść przy małym stoliku.
-To czarodzieje. Czarowali, kiedy wracaliśmy, pomyśleliśmy, że mogą się przydać.- Odparła dumna z siebie dziewczyna. Elsa uśmiechnęła się radośnie, zaraz jednak spoważniała.
-Dlaczego mam wrażenie, że nie przyszli tu z własnej woli?- Spytała zimno patrząc na właścicieli smoków.
-Z własnej woli?!- Krzyknął brunet.- Te wielkie bestie porwały nas, kiedy szukaliśmy Trzminorek’a a później zaciągnęli nas tu siłą!- Elsa popatrzyła na niego przepraszająco, wyglądali jej na mieszczan, nie było sensu ich niepotrzebnie denerwować.
-Witaj Elso.- Powiedział za to z uśmiechem blondyn rozglądając się ciekawie po pomieszczeniu.- Mój dziadek był kiedyś w twoim królestwie i trochę mi o tobie opowiadał, od razu cię poznałem. A mój brat nie chciał mi wierzyć…- Uśmiechnął się lekko.- Nazywam się Aaron Lovegood*, a to jest Mason Nott*.- Mason prychnął tylko pod nosem, ale nie odezwał się.- Możemy wiedzieć, po co nas tu sprowadzono?
-Ah, oczywiście, mi też miło was poznać i przepraszam za wasze… niedogodności odnoście podróży tutaj. Ja nazywam się Elsa, to jest Czkawka i Astrid. Bardzo przepraszam za nasze zachowanie. Powiedzcie proszę, czy umiecie zrobić Patronusa?- Miała nadzieję, że tak, bardzo to by im pomogło.
-To trudne zaklęcie, jednak tak się składa, że oboje je potrafimy.- Powiedział opryskliwie brunet. Tą chwilę wybrała sobie Laura na zapukanie do drzwi i wejście bez pozwolenia, była lekko zaspana. Nie odezwała się, by nie przerywać rozmowy i tylko usiadła obok Elsy i wsłuchała się w rozmowę.
-Może nie będziecie musieli go używać. Jeśli oczywiście zechciejcie nam pomóc…
-Jasne, że tak.- Wtrącił blondyn z rozmarzonym uśmiechem, Nott tylko westchnął, ale nie odezwał się. Wszyscy odetchnęli z ulgą i Elsa powoli wyjaśniła im całą sytuacje.
-Polecicie na smokach razem z Astrid i Czkawką, nie będziecie się wtrącać dopóki sytuacja się nie pogorszy, jeśli się nie pogorszy. Pamiętajcie, że to misja ratunkowa, ratujemy siostrę Laury i uciekamy stamtąd jak najszybciej. Na razie zostańcie tutaj.- Elsa spojrzała na Laurę.- Laura przyniesie wam coś do jedzenia, wylecimy o północy.- Miała nadzieję, że uda im się wymknąć niezauważonym.- Ile może zająć dojście tam?- Spytała Czkawkę.
-Smokami to czterdzieści minut przy sprzyjających wiatrach, ale na nogach, dużo więcej może nawet pół dnia ciągłego marszu…
-A konno?- Spytała była królowa już tworząc w głowie pewien plan.
-Szybciej, a jeśli to będą wytrzymałe i silne konie, to kilka godzin.
-Dobrze wyruszamy o północy z lodowego ogrodu, Lauro ty zaprowadzisz tam tą dwójkę, nie zmieniamy planów, ja załatwię konie. Wchodzimy tam dokładnie sześć godzin po tworzeniu koszmarów, wiemy dzięki Czkawce, o której się to znaczenie, kiedy tylko zobaczymy, że znikają biegniemy ile sił w nogach do twierdzy. Laura wie jak to wszystko wygląda w środku, dalej sobie poradzimy, będziemy musiały jednak zostać ukryte w środku kolejne sześć godzin, macie wtedy nad nami czuwać, na tyle na ile to będzie możliwe. Wszyscy rozumieją.- Każdy kolejno pokiwał głową, może plan nie był do końca dopracowany, ale to musiało wystarczyć.- Dobrze. Teraz wybaczcie muszę pomyśleć w samotności- Wyszła z tymi słowami, wszystko szło po jej myśli i była z tego zadowolona, nadal czuła jednak na sercu pewien ciężar. Odkąd tylko zaczęły planować, Elsa starała się jak tylko mogła unikać Jack’a, czuła się przy nim nie komfortowo, myślała, że nie da rady utrzymać sekretu.
Cieszyła się, że wszystko szło tak gładko i szybko, myślała, że będą szukali tych czarodziei, jeszcze, co najmniej miesiąc, ale jak widać coś lub ktoś tam gdzieś w górze** postanowił w końcu trochę odpuścić Elsie. Dziewczyna chodziła zamyślona po korytarzach. Zadeklarowała się, że załatwi konie i miała pomysł jak to zrobić, co prawda nie miała pojęcia czy da radę, ale chciała spróbować.  Wyszła z domu i zaczęła biec w bliżej nieokreślonym kierunku, miała nadzieje, że nikt jej nie zauważy, potrzebowała ciszy i skupienia. Kiedy znalazła się, w jej mniemaniu, dość daleko od domu, zaczęła powoli przypominać sobie, co czuła, kiedy tworzyła Olafa, jej pociesznie w depresyjne dni. Uśmiechnęła się na samą myśl o nim, aż wstyd się jej zrobiło, kiedy zdała sobie sprawę jak mało czasu spędzają teraz razem. Odgoniła negatywne myśli od siebie i starała się uspokoić. Powoli napływały do niej uczucia. Radość i wolność, jeśli można wolność nazwać uczuciem, lepszym określeniem byłaby niezależność, ale to nie oddawało jej stanu to była wolność czysta niezmącona strachem wolność, zaczynała teraz też powoli je czuć. Przypomniała sobie Jack’a jej nadzieję na lepsze jutro i wtedy w miłych uczuciach pojawiła się niepewność, że przez jej tajemnicę jej ukochany ją znienawidzi, nim to uczucie ja ogarnęło wypuściła z siebie swoją moc. Otwarła powoli oczy, nie pamiętała nawet, kiedy je zamknęła. Rozejrzała się po polanie u jej nóg spało małe białe zawiniątko. Dotknęła jej niepewnie dłonią a małe coś podskoczyło, prychnęło i stanęło na drżących nogach naprzeciwko niej. Cała jego postawa mówiła, że nie jest pewne niczego, co może się zaraz stać. Zwierzę wyglądało jak mały konik, było urocze, kichnęło nagle i Elsa zobaczyła długie śnieżnobiałe skrzydła. Była zachwycona.
-Nie bój się maluszku.- Szepnęła do niego a zwierzę jakby uspokoiło się od samego tonu jej głosu, nie ważne, co do niego mówiła. Zaraz zaczęło skakać ze szczęścia i radości wokoło niej. Było takie radosne, ale jednak w każdym ruchu na nowym terenie wyczuwało się niepewność. Elsa obserwowała je chwilę i dotarło do niej, że stworzenie ma w przeważającej ilości te uczucia, jakie ona sama czuła przy jego tworzeniu. Uśmiechnęła się lekko, ale i z pewnym niepokojem.- Cóż na tobie raczej nie pojedziemy, co? Chodź idziemy do domu.- Pegaz jedynie prychnął i zaczął biegać coraz dalej.- No tak, przecież jesteś wolny.-Uśmiechnęła się.- Odwiedzę, cię jeszcze dzisiaj...
   Miała serce ciężkie jak kamień, kiedy szła do zimowego ogrodu Jack’a. Olaf przybiegł do niej podekscytowany, chcąc powiadomić ją, że właśnie tam chce się z nią spotkać Jack. Denerwowała się, że nie będzie umiała utrzymać tajemnicy. Mimo, że przez większość życia skrywała swoją moc, to nie była pewna czy da radę okłamywać swojego ukochanego. Kiedy tak szła przypomniała sobie, po co w ogóle wyruszyła z domu i jej serce momentalnie zabiło mocniej. Odkąd poznała białowłosego czuła, że żyje. Patrząc wstecz od chwili, gdy opuściła dom nie było decyzji, której by w jakiś mocny sposób żałowała, miała nadzieję, że ich tajnej misji też nie będzie żałować, że wszystko pójdzie po jej myśli. Weszła do ogrodu, nie miała na sobie rękawiczek, chciała pokazać chłopakowi jak bardzo mu ufa.
-Hej.- Podeszła do chłopaka i pocałowała go lekko w policzek, postanowiła być dla niego milsza i bardziej otwarta. Nie została stworzona z lodu, nie widziała, więc już sensu w graniu niewzruszonej bryły. Dotarło do niej, że dopiero teraz wybaczyła sobie wszystkie błędy, jakie popełniła i było jej z tym niesamowicie dobrze. Białowłosy uśmiechnął się do niej delikatnie. Chciał wypytać ją o Laurę nie umknęło jego uwadze to, że ostatnio strasznie się z nią zaprzyjaźniła. Bał się o ukochaną.
-Kocham cię.- Powiedziała z uśmiechem, najszerszym, jaki kiedykolwiek widział na jej twarzy. Był zaskoczony, ale też niesamowicie szczęśliwy, od razu z głowy wyparowało mu to, o czym chciał z nią porozmawiać.
-Ja ciebie też, nawet nie wiesz jak bardzo.- Złapał ją w ramiona a ona po prostu się śmiała, szczerze. Nie przejmowała się już manierami, nie była u siebie we dworze, nie była już królową, nikt niczego on niej nie wymagał, była wolna, była szczęśliwa. Postawił ją na ziemi, w tej chwili oboje czuli się bezpiecznie, byli tylko oni, nikt inny. Chłopak zamknął ją w ciepłych ramionach, tak, że musiała oprzeć dłonie na jego torsie, dopiero teraz zauważył brak rękawiczek. Uśmiechnął się szerzej, o ile to możliwe i pocałował ją w policzek. Nie potrzebowali rozmowy, by sobie wszystko wyjaśnić. On zrozumiał, że dziewczyna potrzebuje czasu a ona w końcu przestała się bać, że wszystko, czego się dotknie zostanie pokonane. Zaufała mu całkowicie a on zaufał jej, mimo, iż oboje byli świadomi, że nie będą sobie mówić o wszystkim, nie byli taka parą, wiedzieli jednak, że ich druga połówka, nigdy ich nie zdradzi, przynajmniej nie świadomie. W chwilach takich jak ta byli tego po prostu pewni. Dziewczyna wtuliła się w niego mocno, była pewna, że wszystko będzie dobrze. Nikt nie miałby serca by w tej chwili im przeszkodzić, mimo, iż robiło się coraz później a oni spacerowali przy głośnej rozmowie albo przytulali się w całkowitym milczącym porozumieniu. Znaleźli swoje szczęście. Kiedy zorientowali się, że zrobiło się już prawie ciemno, wrócili do domostwa. Jack odprowadził dziewczynę pod drzwi komnaty i pożegnał Elsę cichym „Kocham cię”. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, nieco tajemniczo, pocałowała go delikatnie i tuż przed zatrzaśnięciem drzwi powiedziała.- Połączyła nas wieź nie do przełamania.
   Była zawstydzona swoimi słowami, ale też szczęśliwa, wolna, odważna i silna jak nigdy dotąd, jej umysł był czysty od jakichkolwiek negatywnych emocji, jej myśli płynęły gładko. Wiedziała dokładnie, co ma robić. Odczekała jeszcze chwilę, by być pewną, że Jack’a nie ma pod drzwiami. Była jedenasta. Spojrzała na przypatrujących się jej czarodziejom. Spojrzała na ich bagaże.
- Ubierzcie się ciepło, na górze wieje silny wiatr.- Wyszła z tymi słowami i jak na skrzydłach pognała do małego Pegaza. Zwierzę podbiegło do niej, gdy tylko ją zauważyło. Elsa pogłaskała go powoli i szybko, by nie umknęły jej emocje zamknęła oczy i zaczęła formować swoją moc. Chciała dwa pegazy i dostała, dwa niezwykle, piękne, mocne i zachwycające osobniki.- Widzisz mały, już nie jesteś sam a nadal możesz być wolny.- Malutki jakby jej nie słuchał, już kręcił się koło dorosłych koni. Elsa miała nadzieję, że im pomogą, stworzyła wolne istoty i nie zamierzała ich do niczego zmuszać. Była pewna, że wszystko pójdzie dobrze. Musiało. Na powodzeniu tego wydarzenia opierało się jej całe życie, tylko dzięki temu, że ma szansę pomóc komuś pierwszy raz w pełni świadoma swoich umiejętności. To wydarzenie miało zaważyć o tym, jaka będzie jej przyszłość. Wynik tej akcji miał albo ją pogrążyć, albo już na zawsze sprawić, że nie będzie żałowała tego, kim jest.

*To są, że się tak wyrażę, bracia przodków postaci, jakie znaliśmy w Harrym Potterze. (Mam nadzieję, że to wyjaśnienie nie jest zagmatwane jak Moda na Sukces…)

**Albo autorka siedząca przed komputerem, Muhahaha jestem panią ich losów; Wszyscy umrą. Może……………. Nieee raczej nie.