Ależ wy umiecie słodzić..... Dobra miałam dodać 14-tego, ale macie cieszcie się, to dla was za ten mój uśmiech, który wywołują na mojej twarzy wasze komętarze...

   Kiedy tylko Elsa poznała Czkawkę wiedziała, że jego imię jest zwodnicze. Wyglądał na bezbronnego, ale jego pewność siebie i sam sposób wysławiania się dawały do zrozumienia, że jest on osobą o niezwykłej inteligencji, nie wywyższał się jednak i to tak naprawdę przekonało do niego Elsę. Wiedziała, że owijanie w bawełnę nic nie da, więc zabrała i jego i Astrid do swojego pokoju i powoli wykładała im plan, odpowiadała spokojnie na każde pytanie, najgorzej było, kiedy Astrid spytała, dlaczego mają pomagać komuś, kto potencjalnie może być zły. Wiedziała, że nie mają zaufania do Laury, ale zapewniła ich o tym, że mogą im obu zaufać, bo doskonale wiedzą, co robią, a świat nie dzieli się na dobrych i złych, nie każdy może być tym, kim chce. Kiedy Elsa wymawiała te słowa broniąc Laury, w pewien sposób czuła jakby mówiła o sobie, ona do niedawna nie mogła być sobą...
   Rozmowy przebiegły zadziwiająco dobrze i po chwili, którą była królowa dała im na przemyślenie całej oferty, zgodzili się. Nie umknęło uwadze Elsy, że Czkawka był do tego wszystkiego nastawiony bardziej pozytywnie. Co do Astrid to jej jeszcze nie rozgryzła. Dziewczyna była niezależna a jednak zawsze kręciła się blisko brązowowłosego. To były jednak ich prywatne sprawy. Władczyni lodu interesowało tylko to, że zgodzili się jej pomóc, że zgodzili się zrobić wielką rysę na planie Mroka, który chciał ich zniszczyć.
   Smoczy jeźdźcy zaraz spakowali się i poszli na przeszpiegi, aby dowiedzieć się jak dokładnie wygląda miejsce ukrycia Mroka. Elsa martwiła się o nich i chodziła niespokojnie po swoim pokoju, nie mogła się na niczym skupić a czarne myśli ciągle napływały do jej głowy. Nawet Laura zwracała jej uwagę, że jeśli się nie opanuje to ich cały plan wyjdzie na jaw. Elsa poczuła się urażona, kto, jak kto ale ona potrafi kontrolować swoje emocje, tylko, co z tego, skoro serce ściskało jej się ze strachu.
   Tym czasem czkawka sumiennie latał wkoło siedziby Mroka i rysował każdy szczegół jaki widział, czarne stwory biegające wokoło posesji zdawały się być cały czas na posterunku, w końcu jednak spostrzegł, że po około sześciu godzinach, szarzeją i powoli znikają, po pięciu minutach pojawiają się nowe, które tak jak poprzednie wytrzymują tylko sześć godzin. Zapisał to wszystko a Astrid obserwowała zimie w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia. Wracali już spokojniej, teraz dopiero zobaczyli na własne oczy, z czym przyjdzie im się zmierzyć po półgodzinie drogi usłyszeli śmiech a w niebo wystrzeliła stróżka wody.
-Nie trafiłeś! Marny z ciebie czarodziej!- Usłyszeli męski głos i śmiech, nie zastanawiali się długo nie mieli czasu. Zlecieli, więc tylko odrobinie niżej i widząc dwóch młodzieńców, którzy najwyraźniej byli czarodziejami, postanowili w stary, dobry sposób wikingów, porwać ich. Lecieli do domu w akompaniamencie krzyków i przekleństw, ale nie mieli czasu na wyjaśnienia, musieli przedstawić tą dwójkę Elsie, wiedzieli, że czarownicy bardzo mogą im pomóc.
   Elsa mogła odetchnąć dopiero następnego dnia, kiedy wpadł do niej uśmiechnięty Czkawka i przedstawił dokładny rysunek twierdzy Mroka, zaznaczył gdzie znajdują się strażnicy i ilu ich jest. Zaraz po nim Astrid wręcz wciągnęła do pomieszczenia rozkojarzonego blondwłosego nastolatka i trochę starszego buntowniczo nastawionego bruneta.
-Kto to?- Spytała zdziwiona, każąc im wszystkim usiąść przy małym stoliku.
-To czarodzieje. Czarowali, kiedy wracaliśmy, pomyśleliśmy, że mogą się przydać.- Odparła dumna z siebie dziewczyna. Elsa uśmiechnęła się radośnie, zaraz jednak spoważniała.
-Dlaczego mam wrażenie, że nie przyszli tu z własnej woli?- Spytała zimno patrząc na właścicieli smoków.
-Z własnej woli?!- Krzyknął brunet.- Te wielkie bestie porwały nas, kiedy szukaliśmy Trzminorek’a a później zaciągnęli nas tu siłą!- Elsa popatrzyła na niego przepraszająco, wyglądali jej na mieszczan, nie było sensu ich niepotrzebnie denerwować.
-Witaj Elso.- Powiedział za to z uśmiechem blondyn rozglądając się ciekawie po pomieszczeniu.- Mój dziadek był kiedyś w twoim królestwie i trochę mi o tobie opowiadał, od razu cię poznałem. A mój brat nie chciał mi wierzyć…- Uśmiechnął się lekko.- Nazywam się Aaron Lovegood*, a to jest Mason Nott*.- Mason prychnął tylko pod nosem, ale nie odezwał się.- Możemy wiedzieć, po co nas tu sprowadzono?
-Ah, oczywiście, mi też miło was poznać i przepraszam za wasze… niedogodności odnoście podróży tutaj. Ja nazywam się Elsa, to jest Czkawka i Astrid. Bardzo przepraszam za nasze zachowanie. Powiedzcie proszę, czy umiecie zrobić Patronusa?- Miała nadzieję, że tak, bardzo to by im pomogło.
-To trudne zaklęcie, jednak tak się składa, że oboje je potrafimy.- Powiedział opryskliwie brunet. Tą chwilę wybrała sobie Laura na zapukanie do drzwi i wejście bez pozwolenia, była lekko zaspana. Nie odezwała się, by nie przerywać rozmowy i tylko usiadła obok Elsy i wsłuchała się w rozmowę.
-Może nie będziecie musieli go używać. Jeśli oczywiście zechciejcie nam pomóc…
-Jasne, że tak.- Wtrącił blondyn z rozmarzonym uśmiechem, Nott tylko westchnął, ale nie odezwał się. Wszyscy odetchnęli z ulgą i Elsa powoli wyjaśniła im całą sytuacje.
-Polecicie na smokach razem z Astrid i Czkawką, nie będziecie się wtrącać dopóki sytuacja się nie pogorszy, jeśli się nie pogorszy. Pamiętajcie, że to misja ratunkowa, ratujemy siostrę Laury i uciekamy stamtąd jak najszybciej. Na razie zostańcie tutaj.- Elsa spojrzała na Laurę.- Laura przyniesie wam coś do jedzenia, wylecimy o północy.- Miała nadzieję, że uda im się wymknąć niezauważonym.- Ile może zająć dojście tam?- Spytała Czkawkę.
-Smokami to czterdzieści minut przy sprzyjających wiatrach, ale na nogach, dużo więcej może nawet pół dnia ciągłego marszu…
-A konno?- Spytała była królowa już tworząc w głowie pewien plan.
-Szybciej, a jeśli to będą wytrzymałe i silne konie, to kilka godzin.
-Dobrze wyruszamy o północy z lodowego ogrodu, Lauro ty zaprowadzisz tam tą dwójkę, nie zmieniamy planów, ja załatwię konie. Wchodzimy tam dokładnie sześć godzin po tworzeniu koszmarów, wiemy dzięki Czkawce, o której się to znaczenie, kiedy tylko zobaczymy, że znikają biegniemy ile sił w nogach do twierdzy. Laura wie jak to wszystko wygląda w środku, dalej sobie poradzimy, będziemy musiały jednak zostać ukryte w środku kolejne sześć godzin, macie wtedy nad nami czuwać, na tyle na ile to będzie możliwe. Wszyscy rozumieją.- Każdy kolejno pokiwał głową, może plan nie był do końca dopracowany, ale to musiało wystarczyć.- Dobrze. Teraz wybaczcie muszę pomyśleć w samotności- Wyszła z tymi słowami, wszystko szło po jej myśli i była z tego zadowolona, nadal czuła jednak na sercu pewien ciężar. Odkąd tylko zaczęły planować, Elsa starała się jak tylko mogła unikać Jack’a, czuła się przy nim nie komfortowo, myślała, że nie da rady utrzymać sekretu.
Cieszyła się, że wszystko szło tak gładko i szybko, myślała, że będą szukali tych czarodziei, jeszcze, co najmniej miesiąc, ale jak widać coś lub ktoś tam gdzieś w górze** postanowił w końcu trochę odpuścić Elsie. Dziewczyna chodziła zamyślona po korytarzach. Zadeklarowała się, że załatwi konie i miała pomysł jak to zrobić, co prawda nie miała pojęcia czy da radę, ale chciała spróbować.  Wyszła z domu i zaczęła biec w bliżej nieokreślonym kierunku, miała nadzieje, że nikt jej nie zauważy, potrzebowała ciszy i skupienia. Kiedy znalazła się, w jej mniemaniu, dość daleko od domu, zaczęła powoli przypominać sobie, co czuła, kiedy tworzyła Olafa, jej pociesznie w depresyjne dni. Uśmiechnęła się na samą myśl o nim, aż wstyd się jej zrobiło, kiedy zdała sobie sprawę jak mało czasu spędzają teraz razem. Odgoniła negatywne myśli od siebie i starała się uspokoić. Powoli napływały do niej uczucia. Radość i wolność, jeśli można wolność nazwać uczuciem, lepszym określeniem byłaby niezależność, ale to nie oddawało jej stanu to była wolność czysta niezmącona strachem wolność, zaczynała teraz też powoli je czuć. Przypomniała sobie Jack’a jej nadzieję na lepsze jutro i wtedy w miłych uczuciach pojawiła się niepewność, że przez jej tajemnicę jej ukochany ją znienawidzi, nim to uczucie ja ogarnęło wypuściła z siebie swoją moc. Otwarła powoli oczy, nie pamiętała nawet, kiedy je zamknęła. Rozejrzała się po polanie u jej nóg spało małe białe zawiniątko. Dotknęła jej niepewnie dłonią a małe coś podskoczyło, prychnęło i stanęło na drżących nogach naprzeciwko niej. Cała jego postawa mówiła, że nie jest pewne niczego, co może się zaraz stać. Zwierzę wyglądało jak mały konik, było urocze, kichnęło nagle i Elsa zobaczyła długie śnieżnobiałe skrzydła. Była zachwycona.
-Nie bój się maluszku.- Szepnęła do niego a zwierzę jakby uspokoiło się od samego tonu jej głosu, nie ważne, co do niego mówiła. Zaraz zaczęło skakać ze szczęścia i radości wokoło niej. Było takie radosne, ale jednak w każdym ruchu na nowym terenie wyczuwało się niepewność. Elsa obserwowała je chwilę i dotarło do niej, że stworzenie ma w przeważającej ilości te uczucia, jakie ona sama czuła przy jego tworzeniu. Uśmiechnęła się lekko, ale i z pewnym niepokojem.- Cóż na tobie raczej nie pojedziemy, co? Chodź idziemy do domu.- Pegaz jedynie prychnął i zaczął biegać coraz dalej.- No tak, przecież jesteś wolny.-Uśmiechnęła się.- Odwiedzę, cię jeszcze dzisiaj...
   Miała serce ciężkie jak kamień, kiedy szła do zimowego ogrodu Jack’a. Olaf przybiegł do niej podekscytowany, chcąc powiadomić ją, że właśnie tam chce się z nią spotkać Jack. Denerwowała się, że nie będzie umiała utrzymać tajemnicy. Mimo, że przez większość życia skrywała swoją moc, to nie była pewna czy da radę okłamywać swojego ukochanego. Kiedy tak szła przypomniała sobie, po co w ogóle wyruszyła z domu i jej serce momentalnie zabiło mocniej. Odkąd poznała białowłosego czuła, że żyje. Patrząc wstecz od chwili, gdy opuściła dom nie było decyzji, której by w jakiś mocny sposób żałowała, miała nadzieję, że ich tajnej misji też nie będzie żałować, że wszystko pójdzie po jej myśli. Weszła do ogrodu, nie miała na sobie rękawiczek, chciała pokazać chłopakowi jak bardzo mu ufa.
-Hej.- Podeszła do chłopaka i pocałowała go lekko w policzek, postanowiła być dla niego milsza i bardziej otwarta. Nie została stworzona z lodu, nie widziała, więc już sensu w graniu niewzruszonej bryły. Dotarło do niej, że dopiero teraz wybaczyła sobie wszystkie błędy, jakie popełniła i było jej z tym niesamowicie dobrze. Białowłosy uśmiechnął się do niej delikatnie. Chciał wypytać ją o Laurę nie umknęło jego uwadze to, że ostatnio strasznie się z nią zaprzyjaźniła. Bał się o ukochaną.
-Kocham cię.- Powiedziała z uśmiechem, najszerszym, jaki kiedykolwiek widział na jej twarzy. Był zaskoczony, ale też niesamowicie szczęśliwy, od razu z głowy wyparowało mu to, o czym chciał z nią porozmawiać.
-Ja ciebie też, nawet nie wiesz jak bardzo.- Złapał ją w ramiona a ona po prostu się śmiała, szczerze. Nie przejmowała się już manierami, nie była u siebie we dworze, nie była już królową, nikt niczego on niej nie wymagał, była wolna, była szczęśliwa. Postawił ją na ziemi, w tej chwili oboje czuli się bezpiecznie, byli tylko oni, nikt inny. Chłopak zamknął ją w ciepłych ramionach, tak, że musiała oprzeć dłonie na jego torsie, dopiero teraz zauważył brak rękawiczek. Uśmiechnął się szerzej, o ile to możliwe i pocałował ją w policzek. Nie potrzebowali rozmowy, by sobie wszystko wyjaśnić. On zrozumiał, że dziewczyna potrzebuje czasu a ona w końcu przestała się bać, że wszystko, czego się dotknie zostanie pokonane. Zaufała mu całkowicie a on zaufał jej, mimo, iż oboje byli świadomi, że nie będą sobie mówić o wszystkim, nie byli taka parą, wiedzieli jednak, że ich druga połówka, nigdy ich nie zdradzi, przynajmniej nie świadomie. W chwilach takich jak ta byli tego po prostu pewni. Dziewczyna wtuliła się w niego mocno, była pewna, że wszystko będzie dobrze. Nikt nie miałby serca by w tej chwili im przeszkodzić, mimo, iż robiło się coraz później a oni spacerowali przy głośnej rozmowie albo przytulali się w całkowitym milczącym porozumieniu. Znaleźli swoje szczęście. Kiedy zorientowali się, że zrobiło się już prawie ciemno, wrócili do domostwa. Jack odprowadził dziewczynę pod drzwi komnaty i pożegnał Elsę cichym „Kocham cię”. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, nieco tajemniczo, pocałowała go delikatnie i tuż przed zatrzaśnięciem drzwi powiedziała.- Połączyła nas wieź nie do przełamania.
   Była zawstydzona swoimi słowami, ale też szczęśliwa, wolna, odważna i silna jak nigdy dotąd, jej umysł był czysty od jakichkolwiek negatywnych emocji, jej myśli płynęły gładko. Wiedziała dokładnie, co ma robić. Odczekała jeszcze chwilę, by być pewną, że Jack’a nie ma pod drzwiami. Była jedenasta. Spojrzała na przypatrujących się jej czarodziejom. Spojrzała na ich bagaże.
- Ubierzcie się ciepło, na górze wieje silny wiatr.- Wyszła z tymi słowami i jak na skrzydłach pognała do małego Pegaza. Zwierzę podbiegło do niej, gdy tylko ją zauważyło. Elsa pogłaskała go powoli i szybko, by nie umknęły jej emocje zamknęła oczy i zaczęła formować swoją moc. Chciała dwa pegazy i dostała, dwa niezwykle, piękne, mocne i zachwycające osobniki.- Widzisz mały, już nie jesteś sam a nadal możesz być wolny.- Malutki jakby jej nie słuchał, już kręcił się koło dorosłych koni. Elsa miała nadzieję, że im pomogą, stworzyła wolne istoty i nie zamierzała ich do niczego zmuszać. Była pewna, że wszystko pójdzie dobrze. Musiało. Na powodzeniu tego wydarzenia opierało się jej całe życie, tylko dzięki temu, że ma szansę pomóc komuś pierwszy raz w pełni świadoma swoich umiejętności. To wydarzenie miało zaważyć o tym, jaka będzie jej przyszłość. Wynik tej akcji miał albo ją pogrążyć, albo już na zawsze sprawić, że nie będzie żałowała tego, kim jest.

*To są, że się tak wyrażę, bracia przodków postaci, jakie znaliśmy w Harrym Potterze. (Mam nadzieję, że to wyjaśnienie nie jest zagmatwane jak Moda na Sukces…)

**Albo autorka siedząca przed komputerem, Muhahaha jestem panią ich losów; Wszyscy umrą. Może……………. Nieee raczej nie.



Dla Anny. ( Dziewczyny, która napisała dwusetny komentarz na moim blogu)

Z góry zaznaczam, że historia opisana w tej notce, ma związek z całym opowiadaniem, ale nie ma określonego czasu. Można ją nazwać wspomnieniem Elsy, ale nie ma wpływu na inne wydarzenia. No może jakieś tam ma, bo na pewno będzie jeszcze wspomniana, ale dużo wody upłynie nim o niej wspomnę. Zapraszam.

 Ten ranek był dla mnie koszmarny. Na dworze szalała burza, wszystko mnie irytowało. Nie miałam najmniejszej nawet ochoty wstawać z łóżka, w sumie takie przespanie dnia albo nawet przeleżenie w łóżku nie jest takim złym pomysłem? Pomyślałam, że każdy ma czasami zły dzień i nie warto narażać innych na mój zły humor. Zdążyłam znowu zapaść w przyjemne odrętwienie. Wiecie, taki stan między snem a jawą, jesteście świadomi, ale jednocześnie czujecie się jak we śnie. Już powoli zapadłam w sen, kiedy z letargu wyrwało mnie głośne otworzenie drzwi. Usiadłam patrząc zimnym wzrokiem na białowłosego, który próbował zrobić minę niewiniątka. Podniosłam rękę, by wskazać mu wyjście, naprawdę byłam nie w humorze, wolałam z nim nawet nie rozmawiać. Chłopak zamknął powoli drzwi, cały czas stojąc do mnie przodem, już chciałam otworzyć usta i w dość nieprzyjemny sposób go wyprosić, kiedy niemal niesłyszalnie powiedział.
 -Ciii, pragnę tylko Cię uszczęśliwić.- Moje serce dziwnie drgnęło, nie miałam pojęcia, do czego to wszystko zmierza, nikt nigdy tak do mnie nie mówił, ani takim tonem.- Dzisiaj jesteś cała moja, nie ważne, czego chcą inni.- Z każdym słowem zbliżał się do mnie o krok, nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie był tą radosną wersją siebie, nie wiedziałam, czy mam się zacząć bać, czy uśmiechnąć. Moje serce zabiło mocniej a w brzuchu pojawił się dziwny skurcz. Jack uśmiechną się tym swoim seksownym uśmiechem, od którego zawsze miękło mi kolana i powolnie wyciągnął zza pleców śliczny i delikatny bukiet złożony z czerwonych róż. Byłam całkowicie zagubiona, ale przyjęłam kwiaty. Pocałował mnie w policzek, nie zdążyłam się nawet zarumienić, bo wyszedł ze słowami ”Czekam na dole”.         Rozważałam pozostanie w łóżku, naprawdę nie czułam się zbyt pewnie i nie podobało mi się to, ale ciekawość była przeważającym uczuciem. Ubrałam swoją grubą niebieską sukienkę z złotymi zdobieniami i czarna górą, przeczuwałam, że chłopak nie chce ze mną zostać w domu Mikołaja. Z sercem bijącym w szalonym tempie zeszłam na dół. Jack czekał a jakże. Nie spodziewałam się, że zrzuci swoją ulubioną bluzę i wygodne spodnie na rzecz czarnego garnituru, z niebieską koszulą i czarnym krawatem. W ręce trzymał swoją ośnieżoną laskę, wyglądał niesamowicie.
-Co… ty planujesz?- Spytałam niepewnie a całą złość z poranka wyparła czysta ciekawość, podekscytowanie i lekka niepewność. Uśmiechnęłam się widząc, że nadal nie ma na sobie butów.
-Zobaczysz.- Powiedział i ujął moja dłoń, odziana w rękawiczki. Nie byłam w stanie mu się sprzeciwić, zupełnie jakby mnie w jakiś magiczny sposób zaczarował, ale wcale nie czułam się z tym, źle.- To nie będzie Ci potrzebne.- Wyszeptał niemal do mojego ucha i szybko je zdjął, nie zdążyłam się odezwać, bo wyciągnął mnie na zewnątrz. Miałam dziwne przeczucie, że raczej nie odda mi mojego zabezpieczenia przed sama sobą, więc nawet nie narzekałam. Spojrzałam najpierw na niego, a później podążyłam za jego wzrokiem. Przed schodami stały stare sanie Mikołaja zaprzęgnięte w renifery, zwierzęta patrzyła na nas a ja miałam wrażenie, że się uśmiechały.
-Mikołaj Ci je pożyczył?- Spytałam siadając w wnętrzu, chłopak uśmiechnął się szeroka i złapał lejce.
-Nie.- Odparł i skradł mi szybki pocałunek. Naprawdę nie rozumiałam jak on może się zmieniać w radosnego niedojrzałego chłopca w mężczyznę, któremu nie mogę się oprzeć. Zazwyczaj nie pozwoliłabym mu na takie traktowanie, ale odgonił mój zły humor i przecież nikt nas nie widział, więc mogłam spokojnie po prostu odpuścić. Chłopak nagle puścił lejce a widząc mój wystraszony wzrok uśmiechnął się szeroko- Spokojnie wiedzą gdzie maja lecieć.
-Gdzie?- Spytałam od razu patrząc, jak schyla się i wyciąga spod siedzenia mały koszyk. 
-Zobaczysz.- Uśmiechnął się i wyjął z koszyka kanapki. Spojrzałam na nie sceptycznie, daleko było im do normalnych kanapek.- Sam je zrobiłem.- Powiedział z wyraźną dumą, więc ugryzłam mały kenes i sama przed sobą musiałam przyznać, że były naprawdę dobre.
- Od teraz już zawsze robisz mi kanapki.- Spojrzał na mnie tak sentymentalnie. 
-Zawsze.- Powtórzył i o ile to możliwe stał się jeszcze bardziej radośnie. Jechaliśmy tak długo rozmawiając o niczym konkretnym, lub obserwując krajobraz, który powoli zmieniał się na coraz bardziej egzotyczny i słoneczny, przynajmniej ja obserwowałam krajobraz, bo białowłosy patrzył się tylko na mnie i moją twarz, czym wprawiał mnie w ciągłe zakłopotanie. Zwracałam mu uwagę kilka razy, ale on zachowywał się tak jakby mnie nie słyszał zbyt wyraźnie, uśmiechał się tylko z taką melancholią i rozmarzeniem, jakby, co najmniej cuda jakieś jego oczy widziały. Schlebiało mi to bardzo, ale nie byłam przyzwyczajona by ktokolwiek patrzył na mnie takim wzrokiem, by ktokolwiek patrzył na mnie tak otwarcie. Odwracałam głowę, niemal natychmiast nie mogłam znieść tych jego oczu, bałam się, co mogę w nich zobaczyć, bałam się, co on może zobaczyć w moich własnych.
   Kiedy wysiedliśmy słońce stało wysoko na niebie a chmury, które rano wprowadziły mnie w stan lekkiej depresji gdzieś zniknęły. Jack złapał mnie delikatnie za rękę i prowadził po bajecznie kolorowym ogrodzie. Wszędzie rosły zielone żywopłoty do kolan tworzące niby labirynt z korytarzy. Gdzieniegdzie widać było czerwone i białe kwiaty, tak piękne, iż byłam pewna, że oczy mi się świeciły na sam ich widok. Chciałam zapamiętać wszystko, nie miałam pojęcia, kiedy może trafić się taka okazja.
-Znasz Francuzki?- Spytał z ciekawością, cały czas na mnie patrząc.
-Tak.- Nasz kraj pertraktował z Francję, sprowadzaliśmy z niej głównie stroje lub tkaniny, znajomość tego języka znacznie pomogła mi w handlu. On uśmiechnął się jedynie i zaprowadził mnie do pięknego zdobnego budynku. Weszliśmy do środka, nie miałam pojęcia, co zastanę w środku.-Oh, teatr.- Westchnęłam mimowolnie, uwielbiałam to, kiedy jeszcze byłam w królestwie, to nie znaczy wcale jednak, że często mogłam sobie pozwolić na takie przyjemności. „Romeo i Julia” Widziałam to po raz pierwszy, ale dużo o tej sztuce słyszałam. Białowłosy, co chwilę ściskał delikatnie mą dłoń, całował w policzek, gorsząc siedzących w około nas ludzi, lub wyszeptując cichutko wprost do mojego ucha zawstydzające słowa. Od zwyczajnego „Kocham Cię”, od którego moje serce galopowało jak stado spłoszonych koni po „moja miłość jest większa od tej Romea do Juli” w tej chwili nawet nie przeszkadzało mi, że oglądam tragedię, bo, mimo iż damy wokoło miały łzy w oczach, lub cicho popłakiwały, ja musiałam powstrzymywać się by na moje usta nie wpłynął ogromny uśmiech. Chciałam odpowiedzieć, ale nie miałam w sobie tyle odwagi, nie wiedziałam nawet, co chciałabym powiedzieć.
   Świeże powietrze było zbawieniem, myślałam, że od razu wrócimy, Jack miał jednak inne plany. Szliśmy przez ten piękny ogród w nieco dzikszą jego część, gdzie przed wzrokiem wścibskich osób chronił nas wysoki żywopłot. Znajdowała się tam mała polana ubarwiona kwiatami. Chłopak po raz kolejny zaskoczył mnie szykując dla nas piknik. Nie zdążyliśmy tam dojść, bo zatrzymałam go i zdążywszy jeszcze szepnąć ciche „dziękuję” złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek, trwający dłużej niż planowałam, ale nie miałam najmniejszej ochoty się od niego oderwać.
   Czerwone wino, wykwintne potrawy i swobodna, ciekawa rozmowa. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałam się, dlaczego właśnie on zawładnął moim sercem, to w takich momentach dostawałam najcudowniejszą z możliwych odpowiedzi. Po pikniku długo jeszcze leżeliśmy, on na kocu, ja na jego piersi i wygrzewaliśmy się w promieniach słońca. Słyszałam bicie jego serca, czułam każdy jego oddech i byłam szczęśliwa. Złączył nasze dłonie i zapragnęłam by tak było już zawsze, czułam bezpieczeństwo. Powiedziałabym, że byłam tam gdzie powinnam być, ale to nie byłaby prawda, ja po prostu byłam z Nim i z Nim być powinnam, nieważne gdzie.
   Nie zliczyłabym, nawet gdybym próbowała ile razy rozśmieszył mnie w drodze powrotnej, już nie liczyły się dla mnie krajobrazy, liczyła się tylko jego szczęśliwa twarz. Już nie czułam zażenowania, bo wiedziałam, że oboje powinniśmy tak na siebie patrzeć, jakby nie istniało nic oprócz nas. W każdy inny dzień moje uczucia niepokoiłyby mnie, ale nie dzisiaj, bo, mimo, iż wstałam zła bez powodu, to dzisiejszy dzień nie mógłby być lepszy. Pożegnał mnie przy pokoju pocałunkiem, prosząc jeszcze bym ubrała coś swobodnego. Myślałam, że jego wszystkie pomysły się wyczerpały, nie miałam wtedy jeszcze pojęcia jak bardzo się mylę. Zeszłam powoli do jadali, chcąc zjeść jak zwykle z wszystkimi kolację, niepokoiła mnie jednak ta cisza i ciemność. Poczułam strach. Weszłam ostrożnie do pomieszczenia jadalnego i zewsząd ogarnął mnie hałas i cała paleta barw.
-Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.- Wyszeptał Jack i pocałował mnie, nie zdążyłam się nawet zakłopotać tym, że wszyscy na nas patrzą, bo oderwał się ode mnie i wszyscy po kolei składali mi życzenia. Zebrali się wszyscy znajomi, to nie był wykwinty bal, ale spotkanie w gronie najbliższych. Tańczyłam z nim przez cały wieczór i nawet nie pomyślałam, że zaniedbuję gości. Dopiero później Anna uzmysłowiła mi, że nikt nie miał mi tego za złe, bo pierwszy raz widzieli mnie tak szczęśliwą.
   Dopiero, kiedy białowłosy odprowadzał mnie to pokoju, tym razem już bez żadnych niespodzianek, spostrzegłam, że przez cały ten czas nie miałam na sobie tych rękawiczek. Nie martwiłam się, co przyniesie jutro, chodź wiedziałam, że mój spokój nie będzie trwał wiecznie. Pod drzwiami znów mnie pocałował a ja pozwoliłam na to.
-Chciałbym, żebyś pozwalała mi się tak często całować już zawsze.- Uśmiechnęłam się i tuż przed zaniknięciem drzwi powiedziałam.
-Zapomnij.- Szłam spać z dźwiękiem jego śmiechu odbijającym się echem w mojej głowie jeszcze przez długi czas. To był jeden z sześciu najszczęśliwszych dni mojego życia.



   Uhuuuu, udała mi się notka na czas, jestem z niej nawet zadowolona. Sprawdziłam, poprawiłam kilka błędów i mam nadzieję, że robię ich już mniej :P Od razu mówię, że jeszcze nie znam daty następnej notki, ale jak już będę coś wiedziała, to was powiadomię :) 
ZAPRASZAM DO CZYTANIA!
   Siedziały dwie godziny nim nie wymyśliły, kogo mają również wtajemniczyć w ich tajny plan. Elsa, mimo, że bardzo kochała Jack’a nawet nie proponowała, aby szedł razem z nimi. Był silny i na pewno stanowiłby duże wsparcie, ale niestety był też trochę za bardzo porywczy i głośny, a naprawdę akurat tą sprawę trzeba było załatwić po cichu. Nie chciały brać ze sobą żadnego ze strażników, byli silni i na pewno daliby im potrzebne wsparcie, ale miały dziwne przekonanie, że wybraliby oni rozwiązanie siłowe, a tego za wszelką cenę starały się uniknąć. Obie zgadzały się, co do tego, żeby razem z nimi poszedł Czkawka, był cichym, spokojnym i niezwykle inteligentnym chłopcem, ale to nie były główne powody, do tego, że to właśnie go wybrały. Chodziło im głównie o to, żeby ktoś obserwował sytuację z powietrza i w razie, czego wkroczył do akcji. Długo zastanawiały się nad Astrid, dziewczyna nie była tak otwarta jak Czkawka, ale Laura zwróciła uwagę na to, że łatwiej będzie wytłumaczyć ich zniknięcie, jeśli faktycznie nie będzie ich obu. Tak naprawdę nie potrzebowały dużego składu i najlepiej, jeśli będą z nimi jedynie istoty magiczne. Nie chciały bezpośredniego starcia, naprawdę pragnęły załatwić to po cichu. Elsa wiedziała, że plan trzeba wprowadzać powoli i etapami, nie mogły tylko zebrać ludzi i ruszyć, musiały powoli i systematycznie zbierać informacje. Żeby jak najbardziej zminimalizować zagrożenie, nie chciały ofiar.
-Nie możemy zabrać zbyt wielu ludzi stąd, bo, mimo, iż Mikołaj raczej nam ufa, to jestem pewna, że jego elfy będą obserwować przede wszystkim ciebie.- Elsa chciała tym razem wszystko zaplanować, musiała uczyć się jak ochraniać tych, których kocha. – Drugą sprawą, jest to, żeby zająć mieszkańców tak, aby przypadkiem nie ruszyli nam na ratunek. Musimy jednak wymyślić jak zawiadomić ich w razie gdyby coś nie poszło po naszej myśli.
-Na pewno wszystko się uda.- Laura naprawdę chciała w to wierzyć.
-Potrzebujemy małego rozeznania, musimy mieć pewność jak rozstawieni są strażnicy, najlepiej też, jeśli wiedziałybyśmy, przypadkiem o kilku planach Mroka.
-Na rozeznanie możemy wysłać Czkawkę, ma silnego i szybkiego smoka, sporządza wspaniałe mapy i jest spostrzegawczy, mam nadzieję, że będzie chciał nam pomóc.
-Nie martw się nim, ja porozmawiam z nim jutro, na pewno będzie szczęśliwy, że może coś zrobić, mam wrażenia, że strasznie się tu nudzi. Po za tym jest wikingiem oni się chyba niczego nie boją.
-Tak, mam nadzieję.- Młodsza z dziewczyn powątpiewała trochę w rolę Czkawki.
-Nie martw się wszystko okaże się jutro, a teraz zajmijmy się kolejnym punktem, ostatnim dzisiaj, bo robię się senna.
-Tak, ale żeby wszystko poszło dobrze, potrzebujemy, kogoś, kto, będzie mógł nas obronić przed koszmarami. Na pewno istnieje taki ktoś.- Zasugerowała Laura, Elsa niemal widziała trybiki w jej głowie tak intensywnie myślała.
-Wiesz, do pokonania Mroka nie trzeba tak wiele, wystarczy się nie bać.
-Taaa, jakby to było takie łatwe.-Laura nagle rozszerzyła oczy.- A jeśli istniej coś, co odgania wszystkie straszne i nieprzyjemne myśli?
-To całkiem możliwe, ale wiesz, co to może być?- Elsa osobiście nigdy nie słyszała o czymś takim, ale została zatrzymana w jednym miejscu. Była teraz na siebie trochę zła, zaczynała widzieć swoje błędy i była z tego powodu sfrustrowana, miała tyle czasu, żeby zastanowić się jak zapanować nad mocą, miała tyle czasu, żeby zacząć szukać odpowiedzi, dlaczego w ogóle taka jest. Ona niestety nie zrobiła nic w tym kierunku. Miała wrażenie jakby to tej pory coś ją blokowało, nie pozwalało racjonalnie myśleć.
-Może znajdziemy coś w bibliotece?- To mógł być dobry trop. Kto, jak kto ale Mikołaj miał ogromny zbiór ksiąg z całego świata i chętnie udostępniał je innym, lubił ludzi, którzy poszerzali swoją wiedzę o nowe informacje.
-Ty jutro tam poszukaj, tylko spytaj się Mikołaja czy możesz z niej skorzystać, rób wszystko, żeby jak najmniej skupiać na sobie ich uwagę, jeszcze nie wiedzą, że masz powiązania z Mrokiem, ale szybko mogą to odkryć. Gdyby spytał cię, czego chcesz poszukać, w co wątpię, to powiedz prawdę, ale nie całą. A ja spróbuję wypytać Jack’a. Ma dużo lat i zwiedził cały świat, może coś będzie wiedział.- Elsa ziewnęła i to był ostateczny znak, że pora już zakończyć to spotkanie- A teraz pójdę do siebie, zrobiłam się senna.
-Tylko bądź dyskretna.- Szepnęła Laura a blondwłosa przez chwilę w jej oczach mogła dostrzec prawdziwy ból i tęsknotę. Jeśli miała jakieś wątpliwości, co do intencji Laury to właśnie teraz wszystkie zostały rozwiane. Uśmiechnęła się pocieszająco.
-Będę, ty też. Dobranoc.- Otworzyła drzwi.
-Dobranoc.
   Następnego ranka Laura zerwała się o świcie, miała pewność, że Mikołaj już nie śpi, bo zima zbliżała się szybciej niż mogli sądzić a razem z tym święta, wiedziała, że ma dużo pracy, dlatego nie chciała mu przerywać, kiedy będzie zbyt zajęty, a przygotowania do bitwy z Mrokiem też nie odejmowały mu obowiązków. Spała może dwie godziny i to było widać, ale była tak nakręcona żeby jak najszybciej odzyskać siostrę, że nawet tego nie zauważała. Weszła do jadalni, gdzie Mikołaj jadł właśnie ogromną porcję kanapek.
-Dzień dobry.- Powiedziała z lekkim uśmiechem.
-Witaj, co robisz tutaj tak wcześnie?- W jego głosie nie było słychać wścibskości a raczej czystą niemal dziecięcą ciekawość.
-Chciałam Cię złapać wcześnie, żeby później nie zawracać Ci głowy.- Mimo, że do niedawna naprawdę knuła przeciw niemu to zdążyła obdarzyć go dużą sympatią.- Chciałam skorzystać z biblioteki.- Przesunął w jej stronę talerz z kanapkami, więc usiadła szykując się na dłuższą pogawędkę i zaczęła powoli jeść śniadanie.
-A, co chcesz znaleźć?- Znów słyszała uprzejmą ciekawość w tonie jego głosu, ale z jego postawy zaobserwowała także niepewność. Przypomniała sobie słowa Elsy „Powiedz prawdę” i mimo, że całe jej życiowe doświadczenie, rozum i ciało kazało jej kłamać, postanowiła posłuchać starszej koleżanki.
-Chciałabym znaleźć informacje na temat ochrony przed negatywnymi uczuciami?
-Po, co ci taka wiedza?- Spytał szczerze zdziwiony. Postanowiła powiedzieć prawdę, do połowy.
-Boję się Go. Boję się, że nie będę się w stanie poruszyć, kiedy zaatakuje, że będę widziała jak giną moi bliscy i nie będę mogła nic zrobić…- Z jej oka zleciała samotna łza. Ten widok rozczulił mężczyznę w tej chwili nie mógł jej sobie wyobrazić, jako kogoś złego.
-Wątpię czy znajdziesz coś takiego, ze strachem walczy każdy i wszyscy starają się go pokonać, mam nadzieję, że jeśli nie znajdziesz sposobu by obejść etap walki ze strachem to, chociaż ją podejmiesz, mimo wszystko wspaniale by było gdybyś coś takiego znalazła.- Laura uśmiechnęła się radośnie i po chwili biegła już w stronę biblioteki.
    Elsa za to spała jak kamień dochodziła pora obiadu i wszyscy zaczęli się o nią martwić, w końcu Jack zapukał do jej pokoju, kiedy nie usłyszał odpowiedzi po prostu do niego wszedł. Rozczulił go widok, jaki zastał. Rozespana Elsa siedziała na łóżku w koszuli nocnej i nie była jeszcze do końca świadoma tego, co się z nią dzieje, co za tym idzie, zniknęło jej zwyczajowe opanowanie.
-Chciałbym częściej Cię taką widzieć.- Powiedział głośno a od razu się obudziła i zakryła po szyję kołdrą.
-Cześć Jack.- Z jej głosu można było wyczytać podenerwowanie, a na jej policzkach pojawiły się tak rzadko tam goszczące rumieńce.
-Witaj moje słońce. Wiesz, że za chwilę będzie obiad a ty śpisz i śpisz i śpisz.- Z każdym słowem zbliżał się do niej coraz bardziej. W końcu przyspieszył i złączył ich usta w namiętnym pocałunku. Z każdą chwilą całował ją mocniej.
-Jack?- Wyszeptała, kiedy oderwali się od siebie, by zaczerpnąć powietrza. Nikt jej jeszcze tak nie całował i nie była pewna jak ma zareagować, niemniej jednak podobało jej się to.
-Tak?- Spytał z anielskim uśmiechem.
-Chciałabym się ubrać.- Czar prysł. Chłopak odsunął się od niej nie bez żalu.
-Już wychodzę.- Był lekko poirytowany, za każdym razem, kiedy zbliżał się do dziewczyny ta pokazywała mu gdzie ma granice.
-Nie gniewaj się, wiesz jak zostałam wychowana.
-Nie gniewam się.- Uśmiechnął się na potwierdzenie swoich słów.- Poczekam przed drzwiami.- Elsa uwinęła się najszybciej jak umiała i już po ośmiu minutach stała koło Jack’a. Ruszyli na posiłek.
-Wiesz Jack tak się zastanawiam.
-Tak?
-Wiesz Mrok może wytwarzać koszmary, a czy istnieje coś, co je odgania, nie wiem jakieś urządzenie, moc, czar?- Nie było to dyskretne, ale Elsa straciła już dużo czasu a musiała jeszcze porozmawiać z Czkawką.
-Czemu cię to tak interesuje?- W jego głosie nie było słychać żadnej niepewności czy podejrzenia.
-Wiesz chciałabym mieć coś, co pozwoli nam ochronić się samemu. Piasek jest wspaniały, ale nie ma aż tyle mocy.
- W sumie masz racje. Czemu sam na to nie wpadłem?
-Bo ja bym wtedy nie miała, co robić.- Odparła i pocałowała go w policzek. Jack uśmiechnął się szczęśliwy, że dziewczyna zaczyna coraz bardziej się do niego zbliżać.
-Zastanówmy się…- Wiedziała, że chłopak jej ufa i nie podejrzewa jej o nic, nie chciała go okłamywać, ale znała jego charakter i porywczość. Przy odrobinie szczęścia Jack nawet nie dowie się o całej akcji a jej sumienie jakoś to przeżyje.- Nigdy o czymś takim nie słyszałem, ale obiecuje ci, że jeszcze pomyśle.
-Dziękuję.- Uśmiechnęła się do niego łagodnie.
   Laura całkowicie zatonęła w lekturach, straciła poczucie czasu i mimo, że przejrzała już wiele ksiąg nie znalazła tego, czego szukała. Prawie się poddała, kiedy do jej rąk trafiła niewielka książeczka o tytule. „Silne zaklęcia ochronne”. Słowo zaklęcia trochę ją przerażało, nie chciała igrać z siłami, których nie zna. Otworzyła niepozorną książkę i zaczęła czytać. Oprócz tarcz przed innymi zaklęciami znalazła jedno, które ją zainteresowało.

Patronus — najsłynniejsze a zarazem najtrudniejsze zaklęcie obronne, dające ochronę przed dementorami a także umożliwiające przekazywanie wiadomości pomiędzy czarodziejami. Zdolność do jego wyczarowania posiadają jedynie najpotężniejsi magowie. Zaklęcie Patronusa jest jednym z najstarszych uroków obronnych, znanych dotychczas czarodziejom. Stanowi ono tarczę pomiędzy dementorem a czarodziejem. Patronus jest rodzajem pozytywnej siły, projekcją tego, czym żywi się demon (nadziei, szczęścia, woli przeżycia). Nie może odczuwać jednak rozpaczy jak prawdziwy człowiek, więc dementor nie jest w stanie mu nic zrobić.
Patronus jest także jedynym znanym zaklęciem odpędzającym śmierciotule.

Zaraz obok siebie miała grubą księgę z magicznymi stworzeniami, od razu tam zajrzała w poszukiwaniu odpowiedzi, czym są dementorzy i śmierciotule.

Śmierciotula (ang. Lethifold) — rzadko spotykane stworzenia, żyjące tylko w tropikalnym klimacie. Z wyglądu przypominają czarną pelerynę grubości około pół cala, a nocą sunie po ziemi. Jedynym znanym czarodziejom zaklęciem odpędzającym śmierciotulę jest Patronus. Nie da się ustalić liczby ofiar śmierciotuli, gdyż atakuje śpiących czarodziejów i spożywa swą ofiarę w jej własnym łóżku. Nie pozostawia po sobie ani swoim posiłku żadnych śladów. Z racji tego, że atakowani są śpiący - rzadko, kiedy mają czas rzucić odpowiednie zaklęcie.

Przeraziła się samym faktem, że takie stworzenia istnieją, na szczęście w tym klimacie nie miała szansy ich spotkać, za co była niezmiennie wdzięczna. Bała się poszukać informacji na temat drugiego stworzenia, ale musiała dowiedzieć się, czy Patronus może być tym, czego szukają. Przewróciła kilkanaście kartek wstecz.

Dementor (ang. Dementor) — jedne z najobrzydliwszych i najokropniejszych stworów, wysysające duszę magicznym stworzeniom. Dementorzy wysysają wszelkie pozytywne wspomnienia z człowieka, pozostawiając tylko te najgorsze. Stałe przebywanie w obecności dementorów może doprowadzić do trwałej zmiany osobowości oraz psychiki (od łagodnych postaci depresji nawet do skrajnych postaci szaleństwa) jak w przypadku długoletnich więźniów Azkabanu. Jedną z najskuteczniejszych metod walki z dementorami jest użycie Zaklęcia Patronusa. Patronus, jako emanacja dobra i skumulowanych pozytywnych uczuć i myśli jest w stanie przeciwstawić się dementorowi, o ile czarodziej jest na tyle silny, by przezwyciężyć swój lęk, strach i słabości. Nawet niecielesne patronusy, w postaci mgiełki potrafią odstraszyć na chwilę dementora, jednak dopiero zwierzęca forma Patronusa może go przepędzić. 

Tonie było może dokładnie to, czego się spodziewała, ale i koszmary Mroka i Dementorzy przywołują najgorsze wspomnienia, a patronus tworzy tarczę z tych pozytywnych, więc może ochroni ich przed koszmarami, może je przegoni. Nadzieja wstąpiła w Laure po chwili przypomniała sobie jednak, że aby wyczarować Patronusa potrzebny jest potężny czarodziej. A ona nie znała żadnych czarodziei. Wzięła obie książki i udała się do swojego pokoju, kiedy zobaczyła, która godzina, zostawiła je tam i ruszyła na obiad.
   Elsa obserwowała zmęczoną dziewczynę kontem oka i nie była zadowolona z jej wyglądu. Kiedy obiad dobiegł końca podeszła do niej dyskretnie i niemal rozkazała położyć się spać. Elsa musiała teraz porozmawiać z Czkawką. Miała nadzieję, że wysłucha ją i poprze. Wszystko pokarze czas.