To były trudne miesiące dla wszystkich. Elsa nienawidziła swojej bezsilności i tego jak powolnie przebiega rehabilitacja. Dla zmniejszenia frustracji swojej ukochanej Jack zabrał ją do jej zamku, nikt nie wiedział o jej obecności w tamtym miejscu, ale oboje cudownie czuli się ciesząc się tylko sobą.
                Czas leciał powoli wszystko się zmieniało. Elsa się zmieniała, czasy zamkniętej w sobie dziewczyny bezpowrotnie minęły. Powróciły siły i więcej siły? Elsa zauważyła to dopiero, kiedy jej poczucie własnej wartości wróciło na miejsce. Jej moc była jeszcze większa. Nie rozumiała tego, ale nie chciała tego zrozumieć, nie było jej to potrzebne do szczęścia. Jack opuszczał ją czasami. Miał swoje obowiązki, nie tylko jako strażnik.
                Kidy Elsa wyzdrowiała życie zaczęło się od nowa i dla niej i dla ich przyjaciół. To było jak cud.
Blondynka, była częstym gościem w domu siostry, kochała swojego siostrzeńca ponad życie. Pewnego dnia, kiedy Jack długo nie wracał Elsie przypomniały się swoje przemyślenia. Zarumieniła się po koniuszki swoich uszu, kiedy wspomniało jej się, że ma się oświadczyć. Jej serce zaczęło bić gwałtownie, jak się w ogóle oświadcza chłopakowi. Zachichotała nerwowo. Była pewna, że chce to zrobić. Nie wiedziała tylko jak. Chodziła po swojej komnacie a jej serce raz za razem przyśpieszało i zwalniało swój rytm. Jak ma to zrobić, zaprosić go na kolacje? Zrobić to przy ludziach? Nie na pewno nie. Nagle zatrzymała się gwałtownie. A jeśli jej odmówi, co ona wtedy zrobi? Zatrzęsła się ze strachu. -Czy ja już do reszty zwariowałam?- Spytała samą siebie.

-Jesteś szalony.- Stwierdziłam z śmiechem.
-Tak oszalały z miłości do ciebie.- Przyznał a mi jego wyznanie już nie przeszkadzało uśmiechnęłam się tylko i pocałowałam go w policzek.

Wspomnienie pojawiło się w jej głowie. Usiadła na łóżku i uśmiechała się do siebie jak wariatka. Co zakochanie robi z ludźmi. Mimo wszystko postanowiła jeszcze poczekać.  Musi wszystko zaplanować. Wszystko co do każdego szczegółu. Zrobi to delikatnie i po cichu, byłe pewna, że nie zniósłby wielkiej hecy. Zaśmiała się do samej siebie. Wyobraziła sobie siebie klękającą przed białowłosym przy akompaniamencie całej orkiestry. To był tak absurdalny pomysł. Wstała i zeszła do jadalni, była już północ a jej chłopaka jeszcze nie było. Dopiero teraz oblał ją zimny dreszcz. Co on jeszcze robi. Żadne dziecko chyba nie bawi się o tej godzinie w bitwę na śnieżki. Wyszła na dwór. Aktualnie mieszkali kątem u Mikołaja. Elsa nawet nie myślała, żeby to zmienić. Zaczęła się poważnie martwić.
-Elsa!- Usłyszała nagle krzyk białowłosego. Pobiegła w jego stronę bez zastanowienia.
-Co się stało krzyknęła, kiedy go zobaczyła. W okuł jego głowy wirowały dość duże płatki śniegu. Jack był zszokowany i zadowolony jednocześnie.
-Popatrz.- Nie wiedziała na co ma patrzeć. Kidy była bliżej zauważyła, że to co wzięła za płatki śniegu to tak naprawdę mali unoszące się w powietrzu ludzie. Mieli szpiczaste uczy, niemal białą cerę i białe włosy. Z daleka naprawdę wyglądali jak śnieg. Niemal od razu otoczyli blondynkę. Elsa zauważyła ślicznych chłopców i dziewczęta. Latali w około nich niemal tańcząc.
-Kim oni są?- Spytała zafascynowana.
-Nie mam pojęcia. Idę właśnie po radę do Mikołaja.- Jack uśmiechał się od ucha do ucha, teraz wyglądał jak chłopak którego poznała. Był szczęśliwy. Wszystkie jej śmieszne obawy rozwiały się. Pobiegła z białowłosym w stronę domu. Czuła się dziwnie nazywając domostwo Mikołaja swoim domem, ale na świecie nie było innego miejsca, które mogłaby tak nazwać. To tutaj znalazła w końcu siebie. Znalazła swoje szczęście.
                Mikołaj patrzył tylko z uśmiechem na Jack'a. Elsa domyślała się co mogą oznaczać te istoty, ale nie chciała się wtrącać. Białowłosy był strażnikiem, każdy z nich miał swoich pomocników, każdy z nich miał dom. Dziewczyna opuściła oczy na podłogę. Dom, dlaczego tak często o tym myślała. Zaczęło ją to poważnie niepokoić. Jej serce naprawdę nie  dogadywało się z rozumem.
-Naprawdę! -Krzyknął białowłosy, kiedy North w końcu zlitował się nad nim. Białowłosy zachowywał się jak rozradowane dziecko. Nagle zatrzymał się i spojrzał na Elsę. To trwało tylko chwilę, ale dziewczyna poczuła się nie na miejscu. Nie była strażniczką. Nie pasowała tutaj. Jack ma inne obowiązki, nie może całe życie siedzieć przy niej. Blond włosa była załamana, była nieśmiertelna i co niby miała robić przez resztę swojego życia? Wiecznego życia? Z trudem powstrzymała się przed smutnym grymasem, który po prostu nie mógł wpłynąć na jej usta. To była chwila Jack'a nie chciała mu jej popsuć. Zbierało jej się na płacz. Kochała go, ale nie nadawała się na kurę domową. Jack znów bawił się ze swoimi pomocnikami a ona jak najciszej wycofała się z pomieszczenia. Ruszyła do swojego pokoju. Wiedziała, że będzie ze swoim ukochanym ponad wszystko, tego nie zamierzała zmieniać. Musiała jednak bardzo uważnie zastanowić się nad swoim powołaniem.
                Chciała pobyć sama, ale jak na złość, księżyc nie chciał jej opuścić. Czuła jego milczącą obecność.
-Dlaczego tu jestem?- Spytała, chociaż wiedziała, że nie dostanie odpowiedzi. Uśmiechnęła się smutno.- Pozostaje mi go wspierać, prawda?- Nie miała pojęcia jakie niespodzianki szykuje jej los.
                Jack jak zwykle z samego rana wyleciał wykonywać swoje zadanie a Elsa nie wiedziała co z sobą zrobić. Z nudów zaczęła nawet pomagać Yeti w pracy. To było tak monotonne. Tęskniła za tymi wszystkim papierami i sprawami, które musiała załatwiać, kiedy była królową. Nigdy by się do tego nie przyznała, bo były to naprawdę nużące zajęcia. Ale w porównaniu z nudą z jaką musiała walczyć, były niczym. Była nawet raz czy dwa z Jackiem, chciała mu pomóc, ale ona się po prostu do tego nie nadawała. Jasne bawiła się z Anną, ale to było tak dawno temu. Nie pamiętała już jak być tak bardzo wyluzowaną. Szczególnie, że nie mogli sie pokazywać zwykłym ludziom. Tego dnia nie mogła już usiedzieć na miejscy, postanowiła poszukać ukochanego, może tym razem jej się uda i nie zasypie połowy miasta? Latanie na pegazach, było jednym z jej ulubionych zajęć. Nie mogła robić tego zbyt często, w końcu to były wolne stworzenia. Nie chciała ich wykorzystać. Leciała powoli obserwując widoki. Nie zwracała uwagi co się dzieje, pozwoliła prowadzić się zwierzęciu i to był jej błąd. Dostała czymś mokrym z taką siłą, że zrzuciło ją z konia i zaczęła szybko lecieć w dół. Z jej ust wyleciał przerażający krzyk. Nie miała pojęcia co to było. Widziała, że pegaz stara się ją dogonić, ale była dziwnie przekonana, że nie da rady tego zrobić. Spadała w dół. Ostatkami samokontroli, powstrzymując się przed paniką, zaczęła tworzyć grubą warstwę białego puchu. Miała nadzieję, że to zamortyzuje jej  upadek. Kiedy upadła zamroczyło ją na chwilę. Gdy odzyskała ostrość widzenia, świat wydał jej się niewiarogodnie piękny. Błękitne niebo i wszędzie wirujące białe płatki śniegu.
-Ty sprawdź...- Usłyszała dziewczęcy głos z prawej strony.
-Dlaczego ja, to ty jesteś starsza.- Odpowiedział jej niemal identyczny, troszkę bardziej przestraszony głos.
-Tak o kilka minut, po za tym, to twoja wina!
-Sprowokowałaś mnie. Ja nie chciałam nikogo zabijać.- Dziecko rozpłakało się na cały głos. Nagle nad sobą zobaczyła załzawione zielone oczy.- Niech Pani nie umiera! Ja wcale nie chciałam Pani zabić.
-Spokojnie, nic mi nie jest.- Elsa usiadła i uśmiechnęła się uspokajająco.
-Naprawdę! Super!- Krzyknęły obie. Dziewczynki, naprawdę wyglądały identycznie, miały brązowe włosy do ramion i zielone oczy. Na oko mogły mieć sześć lat. Były drobne i ładniutkie. Elsa od razu zapałała do nich sympatią. Wylądował koło nich pegaz, brązowowłose krzyknęły przestraszone.
-Nie bójcie się nic się wam nie stanie. To tylko mój przyjaciel.- Elsa patrzyła na zachwycone oczy dziewczynek.
-Ale jest śliczny.- Wyszeptały.
-Tak i bardzo mądry, mam do was małe pytanie?
-O co chodzi?- Spytały nie odwracając wzroku od zwierzęcia.
-Chcę tylko wiedzieć, czym dostałam.- Uśmiech spełzł z twarzy dzieci. Atmosfera zagęściła się dziwnie, Elsa nie wiedziała co ma o tym myśleć. Pegaz odszedł w zapomnienie.
-Niczym takim.- Odparły niemal jednocześnie spoglądając na siebie z przestrachem.- Mam na imię Katy. -Powiedziała cicho ta stojąca bliżej niej.- A to moja siostra Mary.
-Możecie mówić mi Elsa.- Uśmiechnęła się. Zastanawiała się jak ma wyciągnąć z dziewcząt informacje.- Wiedzie, możecie mi powiedzieć czym się bawiłyście. To będzie taki nasz sekret, wy mi zdradzicie wasz a ja wam swój. Co wy na to.- Chciała się dowiedzieć, czego użyły w końcu nie leciała wcale tak nisko. Spojrzały na siebie porozumiewawczo i pokiwały głowami.
-Chyba jesteśmy to pani winne.- Katy podniosła się z ziemi. Nagle przestała wyglądać jak dziecko, w jej oczach pojawiło się coś starego. Elsa nie umiała tego opisać.- Chodzi o to, że ja... to znaczy my, mamy takie umiejętności jakich nie ma nikt inny.- Spojrzały na siebie jeszcze raz porozumiewając się bez słów.- Nie każdy nas akceptuje.
-Mama nie kazała nikomu mówić. -Wtrąciła Mary. - Ale tobie możemy to powiedzieć, prawda?
-Och, oczywiście. Nie wy jedne macie takie umiejętności. Mówię wam.- Uśmiechnęła się miło.- Może nie dokładnie takie jak wy, ale podobne. Tak w ogóle to co potraficie.- Elsa była naprawdę ciekawa tych dwóch małych dziewcząt. Nagle koło jej głowy zaczęły pływać małe kuleczki wody.- Łał.- Tylko tyle powiedziała. Popatrzyła na skupione dziewczęta i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Machnęła dłonią i koło kul pojawiły się małe śnieżynki.
-Ale jak...- Powiedziały razem, przestając używać swojej mocy. Blondynka wzruszyła jedynie ramionami.
-Nikt nie wie dlaczego otrzymuje takie a nie inne umiejętności. To jest właśnie nasze, życiowe zadanie dowiedzieć się tego i wykonywać swoje zadanie.- Powiedziała, pragnąc dowiedzieć się w końcu jaki ona ma zadanie na tym świecie.- Widzicie, najważniejsze to się nie poddawać i starać się zapanować nad tymi umiejętnościami.
-Mama też tak mówi.- Odparły uśmiechając się lekko.- Na razie jeszcze nie udaje sie nam robić wszystkiego czego chcemy i często to się po prostu dzieje. Nie zawsze tego chcemy.
-Wiem.- Tak dobrze ich rozumiała. Ona musiała uczyć się na własnych błędach, ale im przecież mogła przekazać co nie co swojej wiedzy.- Nigdy nie starajcie się długo powstrzymywać, znajdźcie sobie jakieś miejsce i wyładowujcie swoją energię. To wam pomoże.
-Ty tak robiłaś?- Spytała Mary. Elsa uśmiechnęła się tylko smutno.
- Zanim zapanowałam nad mocą narobiła naprawdę dużo złego.- Zapatrzyła się w przestrzeń. Żadnej ze złych rzeczy, które zrobiła, nie chciała.
-Ale teraz umiesz ją kontrolować? Tak.
-Tak, na szczęście. Choć muszę przyznać, że na początku było naprawdę źle.- Nagle dotarło do niej co może się stać kiedy dziewczęta się czymś zdenerwują, powódź gwarantowana. To by była naprawdę katastrofa. Uśmiechnęła się do siebie już wiedziała co musi zrobić.
                Rozmowa nie trwała dłużej niż piętnaście minut, ale Elsa musiała sobie wszystko poukładać w głowie na spokojnie.
- Spotkajmy się tu juro rano, dobrze? Nauczę was czegoś.- Uśmiech jaki zagościł na ustach dzieci był jedyną odpowiedzią. Elsa pomyślała, że jutrzejszy dzień wcale nie będzie taki nudny jakby się mogło zdawać na pierwszy rzut oka.


 


Podchodziłam do napisania kolejnego rozdziały trylion razy i w końcu udało mi się to, wstawiam niepoprawione, przepraszam za błędy i za to, że tyle czekaliście.
***
               
                Czułam się naprawdę, źle. Bolał mnie każdy najmniejszy fragment ciała i byłam ich świadoma jak jeszcze nigdy w życiu. Chciałam je rozruszać, chciałam zrobić cokolwiek, ale nie mogłam poruszyć nawet powieką, żeby otworzyć oczy. Najgorsze było to, że nie mogłam też wypowiedzieć ani jednego słowa, mimo, iż próbowałam. Nie miałam pojęcia co się stało nic nie widziałam. Nie czułam przy sobie Jack'a i to było tak tragiczne, że nawet nie chciałam o tym myśleć. Nie miałam pojęcia co się stało czy to kara za moje życie? Czy trafiłam do piekła? To było by straszne.
                Z głębiny żalu wyciągnął mnie płacz a raczej wycie. Nie przypominało mi to, żadnego znanego mi do tej pory dźwięku. Skupiłam na nim moje zmysły. Doszłam do wniosku, że tak może płakać tylko jakieś dziecko. Tylko nie miałam pojęcia skąd tutaj, gdziekolwiek to 'tutaj' jest, miałoby się znaleźć dziecko. To było tak absorbujące dla mnie, że niemal nie umarłam ze strachu, kiedy poczułam na sobie ciężar i ciepło. Moje ciało bolało nieco mniej. Skupiłam się na czuciu i dźwiękach, jako, że to moje jedyne zmysły które zdawały się jakoś działać. Płacz ustał.
-Ciiii, widzisz ciocia śpi.- To był bez wątpienia głos Anny, niemal płakałam z ulgi. Mogłam ją słyszeć! Dopiero po chwili dotarło do mnie, że musiała położyć na mnie swoje dziecko. Tylko jak weszła za tą cholerną barierę z dzieckiem ?! Moje myśli były szybkie, a raczej zbyt wiele naraz przepływało przez mój mózg przez co nie mogłam dojść do jakiegokolwiek w miarę logicznego wniosku. Powiedziała, że śpię? Może udało im się mnie stamtąd wyciągnąć i jestem w domu Mikołaja? Nie wolno było mi tak myśleć, kolejna złudna nadzieja załamała by mnie. Nadal jednak nie wiedziałam gdzie jest Jack? Skupiłam się ponownie na słowach.
-To już prawie rok Elso odkąd wyjechałam a ty sie jeszcze nie obudziłaś, wiesz? Nie mam pojęcia, czy masz jakiekolwiek poczucie czasu, ale jeśli tak, to powinnaś wiedzieć, że odkąd w jakiś sposób wydostaliście się z tej bariery, to nie dałaś, żadnego znaku życia prócz słabego pulsu i płytkiego oddechu. Boję się, że Jack oszaleje. Obudził się po miesiącu, ja niestety musiałam wyjechać. Królestwo nie mogło pozostać bez władcy.- Dziecko uderzyło mnie swoją dłonią w policzek, przez co przeszył mnie dreszcz.- Jack nie może się na niczym skupić, siedzi tu u ciebie a ty nie dajesz mu żadnej odpowiedzi. Myślę, że już czas żebyś się obudziła.
-Sa!- Krzyknął malec klepiąc mnie po policzku.
-Widzisz Feliks się zgadza.- Nic więcej nie powiedziała, za zgrozą uświadomiłam sobie jak dorosła się stała. Usłyszałam jej lekki śmiech.- Nie kochanie, nie możesz spać na swojej cioci.- Pomyślałam, że nie wytrzymam takiej wegetacji, szczególnie, kiedy jestem w stanie słyszeć własne otoczenie. Wysilałam całą swoją silną wolę, żeby otworzyć te cholerne oczy, albo żeby chociaż jęknąć.
                Jack przyszedł długo po wizycie Anny i jej syna, nie odezwał się ani jednym słowem i to powiedziało mi jak poważna jest sytuacja. Trzymał mnie za rękę a ja mogłabym przysiąc, że słyszałam jak płacze. NAPRAWDĘ chciałam ścisnąć tą cholerną rękę i dać mu znak, że żyję. Jeśli się obudzę przysięgam, że przecząc całemu mojemu wychowaniu oświadczę mu się i zaciągnę przed ołtarz!
                To było niesamowite, ścisnęłam jego dłoń w mocnym uścisku i niemal mogłam poczuć jak wraca do niego energia życiowa.
-Elsa? Elsa? Elsa?- Powtarzał w kółko dotykając mojej twarzy ramion, całując mnie w policzka czoło i usta, zapewne gdybym mogła byłabym czerwona jak burak. Nie przywykłam do takich uczuć. Z zaskoczeniem powitałam gorąco na policzkach.- BOŻE TY SIĘ RUMIENISZ! -Krzyknął niemal do mojego ucha. Otworzyłam oczy, tak gwałtownie i z tak łatwo, że było to zaskoczeniem nawet dla mnie.
-Jack...- Mój głos był cichym charczeniem i nie byłam pewna czy mnie w ogóle zrozumiał, ale był taki szczęśliwy, że nawet nie próbowałam mówić więcej. Oparł czoło o moje i po prostu patrzył w moje oczy. Nie przerywałabym kontaktu wzrokowego i trwałabym tak jeszcze długo gdyby nie fakt, że miałam strasznie sucho w ustach.- Pić...- Spełnił moją prośbę od razu, miałam wrażenie, że nie wyceluje w drzwi. Denerwowało mnie to, że mogłam ruszać głową z ledwością. Dłonie też jako tako mnie słuchały, ale reszta była sparaliżowana. Wiedziałam, że to od leżenia. Straciłam prawie dwa lata. To była katastrofa. Razem z Jack'iem wpadli wszyscy moi przyjaciele. Uśmiechali się od ucha do ucha a i ja się uśmiechnęłam szeroko jak nigdy w życiu. Mały Feliks był najśliczniejszym dzieckiem jakie widziałam. Blond włosy opadały mu łagodnie koło twarzy a jego oczy patrzyły na mnie jak te Anny w dzieciństwie. To była moja rodzina. Łzy mimowolnie spływały po moich policzkach i to wcale nie z powodu tego, że wszystko mnie bolało, a ja nie mogłam się poruszyć. Mały chłopiec wyciągał do mnie z uśmiechem swoje małe rączki i to wydało mi się niezwykle urocze.
                Myślałam, że kiedy już napiję się wody i zacznę dość wyraźnie mówić na moje usta będą cisnąć się miliony pytań, ale ku mojemu zdziwieniu nie chciałam ich zadawać. Obiło mi się kiedyś o uszy zdanie "przeszłość zostawmy przeszłości" nie wiem dlaczego ta fraza pojawiła się w mojej głowie, ale w pełni się z nią zgadałam. Obudziłam się wszyscy których kocham są tu ze mną i są bezpieczni. Wszystkie oczy wlepione były  we mnie w oczekiwaniu, a mi na usta cisnęły się tylko te słowa.
-Kocham was.-  Jack usiadł koło mnie i złapał mnie za dłoń. Takiego szczęścia jeszcze nie widziałam na jego twarzy.
                Siedzieli nie więcej niż pół godziny i pozostawili taktownie się wycofać, żeby zostawić nas samych.
-Tak się o ciebie martwiłem.- Wyszeptał i pocałował wnętrze mojej dłoni.
-Postaram się więcej nie pakować się w kłopoty.-  Uśmiechnęłam się pokrzepiająco, wolałam to wszystko obrócić w nieudany żart.
-To nie jest zabawne.- Odparł nieco szorstko, co mnie zdziwiło. Jack zmienił się bardziej niż myślałam. Zmienił się przeze mnie.
-Przepraszam.- Powiedziałam łagodnie i uśmiechnęłam się lekko.
-Nic się nie stało, po prostu to była dla mnie naprawdę ciężka próba.- Pocałował mnie w policzek.
-Kocham cię.- Wyznałam ponownie, postanowiłam mówić mu to częściej.
-Kocham cię. - Powtórzył jak mantrę i połączył nasze usta w delikatnym pocałunku.
-Cieszę się, że cały czas we mnie wierzyłeś.- Dopiero teraz dotarło do mnie jak marnie wygląda.- Ale teraz myślę, że powinieneś iść spać.- Spojrzał na mnie z oburzeniem.
-Nigdzie się od ciebie nie ruszam, będę z tobą rozmawiał dopóki nie padnę.- Uśmiechnął się  tym swoim lekko bezczelnym uśmiechem, który tak bardzo kochałam. Niemal widziałam jak jego mięśnie się rozluźniają.
-Chętnie sama znalazłabym się we własnym pokoju.- Uśmiechnęłam się delikatnie. A on z nową energią podniósł się a później złapał mnie w swoje ramiona. Nie czułam się tak bezpiecznie od bardzo dawana.
-Zaraz więc się tam znajdziemy.- Pocałował mnie w czoło i ruszyliśmy powoli przez długie korytarze, po drodze nie spotykając nikogo.
-Jesteś szalony.- Stwierdziłam z śmiechem.
-Tak oszalały z miłości do ciebie.- Przyznał a mi jego wyznanie już nie przeszkadzało uśmiechnęłam się tylko i pocałowałam go w policzek.
                Jakiś czas później leżeliśmy razem w łóżku, ale nie było w tym nic intymnego. Dopiero kiedy emocje opadły zdałam sobie sprawę, ale tak NAPRAWDĘ, że jestem ciocią. Nie miałam pojęcia jak to jest być ciocią.
-O matko jestem ciocią.- Powiedziałam. - Moja młodsza siostra ma dziecko. Moja młodsza siostra jest matką.- Były to zdania oznajmiające oczywistości, ale dziwnym trafem dopiero teraz pojęłam ich sens. Jack  zaśmiał się radośnie i pogładził moją dłoń.
-Nie da się ukryć.- Odparł nadal śmiejącym się głosem.
-Och, zamknij się nie mam pojęcia jak to jest być ciocią.- Niemal wykrzyczałam mu do ucha.  
-Ej!- Krzyknął w odwecie.
-Przepraszam.- Odpowiedziałam, ale mój ton nie wyrażał skruchy.
-Tak jesteś.- Wypowiedział i zanim zdążyłam się zorientować złączył nasze usta w pocałunku.- A masz!
-Tak naprawdę się zemściłeś.- Powiedziałam z przekąsem.
-Brakowało mi ciebie.- Wyszeptał.
-Mi ciebie też.- Na tym skończyła się nasza konwersacja tego dnia.
                Później leżeliśmy tylko najbliżej siebie jak się dało i do mnie dotarło jakie mam szczęście, że na świecie jest taki Jack. Nie miałam pojęcia co przyniesie nam przyszłaś, wiedziałam jedynie, że nie wyobrażam sobie życia bez niego, był moim powietrzem. Długo patrzyłam na jego twarz zanim zasnęłam, rozmyślając o minionym dniu. Obudziłam się, mimo, iż strasznie długo spałam. Nie mogłam się za to obwiniać, gdybym miała zaatakować Mroka ponownie na pewno zrobiłabym to samo. Ważne, że wszystko skończyło się dobrze. Nawet mimo, że czeka mnie jeszcze długa rehabilitacja, to i tak dzień, kiedy wybudziłam się  ze śpiączki był jednym z najszczęśliwszych dni w całym moim, życiu. A muszę was zapewnić, że patrząc na to z perspektywy  czasu naprawdę niewiele było dni które zasługiwało na miano najszczęśliwszych.  


 Nie wiem do końca co myśleć o tym rozdziale a wy co uważacie?
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
                Pocałunek prawdziwej miłości, nie działał. Próbował tego codziennie i wiedział, że jego miłość jest szczera. Sam chętnie zamieniłby się z dziewczyną, ale zaraz reflektował się i przypominał sobie, że wolał by umrzeć, niż sprawić Elsie taki ból jaki on odczuwa, przez jej stan. Kochał ją tak mocno, zrobi wszystko, żeby zminimalizować jej cierpienie do minimum.
                Jeśli myślał, ze łatwo przyjdzie mu znaleźć rozwiązanie i nie wpaść w jakąś chorobliwą paranoję, to bardzo się mylił. Minęło osiem długich miesięcy odkąd zniknął Mrok, to był dla jednych czas na odbudowy własnych małych światów, które zniszczyło zło. Dla białowłosego to był koszmar z którego chciał się jak najszybciej obudzić. Na początku skupiał się na Elsie. Chciał ją obudzić, ale po jakimś czasie bezowocnych prób, zaczął przyglądać się barierze, która otaczała całą jej wspaniałą postać. Zewnętrzna, elektryzująca, błękitna skorupa, była niezwykle zimna, kawałki lodu wirowały w niej z zawrotną prędkością i naprawdę trudno było mu przez nią przechodzić. Skupił się najpierw na niej. Tworzył bariery, śnieżne mury o różnej grubości, które według niego spokojnie potrafiłyby, zatrzymać taką zamieć. Te jednak poddawały się po kilku minutach. Bezradność, próbowała przejąć nad nim kontrolę, ale się nie dał, nie mogło być tak, źle. Pokonali Mroka i jedyne co dzieliło go od szczęścia to właśnie wybudzenie ukochanej z tego okropnego snu. Oglądał barierę z każdej strony, dotykał jej delikatnie, patrząc z zdziwieniem jak jego palce, po raz pierwszy reagują na chłód.  To było zadziwiające, ekscytujące, nieprzyjemne ale przede wszystkim ludzkie. Jeśli, nie mógł znieść swojej bezradności, wlatywał w ten prąd i leciał przeciw niemu, dopóki tylko mógł wytrzymać. Powolny proces autodestrukcji, który zaczął jechać w naprawdę nieprzewidzianym kierunku. Miał nadzieję, że nie wykolei się przed stacją.
                Nie było tak, że walczył o Elsę sam, bo wcale tak nie było. Wszyscy wertowali książki, czy szukali ludzi, którzy być może mogą coś wiedzieć. Był im za to wdzięczny i naprawdę miał nadzieję, że  szybko którykolwiek z nich przyjdzie z przełomem. Pewnego dnia nie wytrzymał. Stał poza barierą, tym razem naprawdę nie wiedząc, czy da radę ja przejść... w jednym kawałku. Był osłabiony, doskonale wiedział, że się  trochę zaniedbał. Jego organizm nie przyzwyczajony do ograniczeń a umysł zmuszony do nagłego wysiłku. To nie mogło się dobrze skończyć. Naprawdę, nie miał pojęcia czy tym razem to dobry pomysł, pomyślał o małej przerwie, jeden dzień, będzie czytał książki i być może uda mu się coś znaleźć. Zaraz jednak pomyślał co mogłaby na takie zachowanie pomyśleć jego Elsa. Chciał ją zostawić. Ogarnęło go irracjonalne poczucie winy. Elsa nigdy nie winiłaby go za odpoczynek, ale jego zamroczony umysł nie pojmował tego na razie. Wszedł w wir, zrobił dwa małe kroki i wir go porwał...
                Dryfował, czuł ogromne zimno, ale nie znaczyło to nic w porównaniu z tą ciszą jak go ogarnęła. Przymknął oczy, włosy przez wiatr przylgnęły mu do głowy. Zaczął powoli odzyskiwać rozum i począł zwalniać. Skupił cało pozostałą w sobie energię i chciał zatrzymać się wraz z wiatrem, który go popychał.
                Był za słaby, moc tarczy jeszcze przyspieszyła, sprawiając, że przez siłę odśrodkową wyleciał z tamtą z zawrotną prędkością, usłyszał kolejny wybuch i zapadł w ciemność.
***
                Otworzyła powoli swoje oczy, nie było tak jak się spodziewała. Zaraz po przebudzeniu, nie była zdezorientowana, od razu wiedziała co się stało... no może nie do końca. Pamiętała, jak stanęła koło  Mroka, jak moc kumulująca się w jej sercu prawie wyrwała się z pod kontroli, rozmawiała z nim chwilę i wyprowadził ją z równowagi. Niestety. Jej plan zakładał, że go zamrozi, nawet jeśli jej moc byłaby trochę nieokiełznana to na pewno, nie ona powinna być zamrożona. Złapała się za głowa pomieszczenie w którym się znajdowała było duże, ale mimo to dziwnie klaustrofobiczne.  Szła przed siebie, krzyczała, płakała, nawoływała, groziła, śpiewała, tańczyła, czarowała i wiele innych by ktokolwiek ją zauważył. Miała wiele czasu na przemyślenia i postanowiła sobie, że jeśli jakoś stąd wyjdzie to nie będzie się już wahać w sprawie Jack'a. Kocha ją a ona kocha jego, nie miała pojęcia nad czym się do tej pory zastanawiała.
                Nie miała pojęcia czy ona w ogóle jeszcze żyje, miała myśli samobójcze, choć nie wiedziała, czy dokładnie tak je można nazwać, bo zakładając, że już nie żyje, to czy mogłaby się zabić? Była naprawdę blisko pierwszemu, poważnemu i zapewne nieodwracalnemu krokowi w tym kierunku i właśnie w ostatnim jej zawahaniu, usłyszała piękny, doskonały, dźwięczny głos ukochanego. Myślała, ze jeśli wcześniej była w pełni władz umysłowych, to teraz na pewno je straciła, ale z każdym kolejnym słowem robiła się na przemian szczęśliwa i zrozpaczona. Szczęśliwa, bo to co do niej mówił, przekonywało ją do walki i trwania w tym nieszczęściu. Pokazywał jej całego siebie wszystkie swoje lenki i wątpliwości. Zrozpaczona bo mimo, iż bardzo tego pragnęła nie miała pojęcia jak wydostać się z tej patowej sytuacji. Każdego dnia czekała z niecierpliwością momentu, kiedy do niej przyjdzie i zaczną rozmawiać. To dzięki niemu mogła w ogóle określić ile już znajduje się w tej dziwnej rzeczywistości. Prawie skakała ze szczęścia, kiedy dowiedziała się, że będzie ciocią. Pojawiły się też pytania, czy ona kiedykolwiek zostanie matką? A jeśli stąd wyjdzie, to czy w ogóle będzie miała dzieci? Nie chciała tych pytań, ale same pojawiły się w jej głowie. Czasem dochodziła do pozytywnych wniosków, a czasem... nie chciała myśleć o tych innych rozwiązaniach.
                Obudziło ją szarpnięcie. Światło i głośny, trudny do zidentyfikowania dźwięk, a później wiatr. Patrzyła przerażona w przestrzeń, po chwili coś z wielką szybkością przeleciało pół metra od niej. Wystraszyła się. Odwróciła niepewnie głowę, nie spodziewała się tego co zobaczyła.
-Jack...
***

                Czuł się niesamowicie lekko, ogarniał go tak dobrze znany mu zapach. Zapach, którym mogła poszczycić się tylko jedna osoba. Delikatna woń jego ukochanej. Jej perfumy otaczały go z każdej strony. Tak dawno nie czuł tego zapachu, że czuł się lekko przestraszony, ale jeśli to był sen, to nie chciał się jeszcze obudzić. Zaniepokoił go naprawdę dopiero delikatny dotyk na włosach. Otworzył oczy i spojrzał w na spokojną twarz ukochanej. Płakała, ale jej twarz była spokojna.
-Tylko dzięki twoim słowom, nie zwariowałam tu z samotności.- Wyszeptała, ale doskonale ją słyszał. Rozejrzał się gwałtownie, był... gdzieś. Leżał na białej podłodze, wszędzie było biało, nie widział, żadnych ścian. Mieli na sobie swoje ciuchy.
-To sen...- Wyszeptał.
-Raczej koszmar.- Westchnęła dziewczyna.- Znalazłam się tu, i nie wiedziałam co się stało. Szłam przed siebie, ale donikąd nie doszłam, jakbym się w ogóle nie poruszała. Tu jest tak cicho, za cicho. Sam na sam ze swoimi myślami, myślałam, że zwariuję. Tylko dzięki temu, że mówiłeś do mnie miałam jakąkolwiek nadzieję, że nie jestem wariatką.- Uśmiechnęła się przez łzy, które powoli zaczęły płynąć po jej policzkach.- Jestem taka szczęśliwa, że mogę cię dotknąć, zobaczyć. Mam jednak nadzieję, że to tylko mój sen, że nie ma cie tu naprawdę, bo to okropne miejsce. Okropne miejsce, gdzie ludzi czeka tylko samotność.- Rozpłakała się na dobre.
-Nie płacz...- Wyszeptał, ale tak naprawdę nie mógł znaleźć słów jakimi mógłby ją pocieszyć. Złapał ją w swoje objęcia i po chwilowym milczeniu wyszeptał prosto do jej ucha.- Gdybym miał przeżyć tysiąc lat na ziemi bez ciebie a dzień tu z tobą, wybrałbym to miejsce, bo tylko ty możesz sprawić, że stanę się szczęśliwy.- Pocałował, ją mocno z całej siły. Nie ośmielił się jeszcze nigdy włożyć tyle pasji w pocałunek z nią, bojąc sie, że ja wystraszy, ale teraz tego potrzebował. Czuł jej mocne pociągnięcia za kosmyki swoich włosów, ale nie znaczyły one bynajmniej, że ma przerwać. Oddawała, każdy pocałunek z pasją i mocą, nic się dla niej w tym momencie nie liczyło. Tylko ten mężczyzna, który trzymał  ją mocno w swoich ramionach. Chciała się zapomnieć, pragnęła tego. Pragnęła Jack'a a on pragnął jej.  Czuła to w każdym jego dotyku ust, każdej pieszczocie chłodnych, delikatnych dłoni. W każdym jęku i westchnieniu. W mimice jego twarzy i ruchach ciała...
                Anna podświadomie czuła, że stało się coś... nie potrafiła tylko określi czy dobrego, czy raczej złego. Miała mieszane uczucia. Była zaniepokojono i wiedziała, że musi kogoś wysłać, żeby sprawdził, co się dzieje z Jack'em i Elsą. Zawsze ufała swojej intuicji, a odkąd zaszła w ciąże stał się ona jeszcze bardziej przydatna i wyostrzona. Jeśli można użyć takich zwrotów odnośnie do intuicji właśnie. Najpierw wołała, ale nikt jej nie słyszał.  Później potłukła cały serwis do herbaty jaki stał na szafce nocnej koło jej łóżka, zaczęła mieć coraz większe trudności z oddychaniem. Wiedziała, że nie wolno jej się denerwować, ale jak miała zachować spokój, kiedy prawdopodobnie coś się dzieje z jej siostrą i jej ukochanym?! Wytarła łzy z policzków i wstała z pełnym zaciętości wyrazem twarzy.
-Ugh, Kristoff!- Krzyknęła zła i zadyszana.- Niech ja cię tylko spotkam, miałeś być w pobliżu!- Wyszła z pokoju w przewiewnej koszuli nocnej. Oparła się o ścianę, bo zakręciło jej się w głowie. Szła powoli, kroczek po kroczu, głaszcząc wolną dłonią zaokrąglony brzuch. Miała urodzić na dniach. Ciąża była i tak zagrożona, dlatego teraz prawie w ogóle nie ruszał się z łóżka. - Kirstoff - Krzyknęła stojąc u szczytu schodów. Zaczęła się poważnie martwić, nawet jeśli mąż by jej nie usłyszał to ktoś inny na pewno. Krzyczała bardzo głośno a domostwo wyglądało jak opuszczone. Wystraszyła się nie na żarty.
                Jack trzymał śpiącą ukochaną w ramionach. Chciał się stąd wydostać i wiedział, że Elsa pragnie tego tak samo mocno jak on. Zamknął oczy, z których powoli zaczęły wydostawać się. słone łzy. Miał nadzieję, że los nie dał mu szansy na zobaczenie jej po raz ostatni. Obawiał się, że gdyby teraz wrócił do rzeczywistości, to zwariowałby na pewno. Dziękował jednak losowi, że pozwoli mu z nią pobyć. Zamknął ją w ciasnym uścisku, drżących z niepewności ramion i wyszeptał prosto do jej ucha.
-Kocham cię.- Uśmiechnął się przez łzy. Znalazł ją i teraz musieli tylko wrócić do siebie razem. Nie było nawet mowy o tym, żeby jeszcze kiedykolwiek oddzielili się od siebie na dłużej. Wiedział, że to by go zabiło.
                Anna nie wiedziała, czy chce zejść na dół, czy wrócić do pokoju. Źle się czuła, wolała więc nie zagrażać, życiu dziecka. To było rozsądne z jej strony, mimo, iż ze względu na siostrę w ogóle nie miała ochoty tego robić. Weszła do pokoju i spojrzała się tępo na łóżko, nie była pewna co ma ze sobą zrobić. Nie mogła nic poradzić na to, że jej głowę nawiedzały coraz czarniejsze scenariusze. Usiadła ciężko na łóżku, wzdychając cierpiętniczo. Chciała odgonić ponure myśli i zaczęła przeglądać zdjęcia na półkach. Nagle zauważyła, koło zdęcia przedstawiającego ich czwórkę kawałek porwanego pergaminu i w pośpiechu wypisane słowa.

                Anno, nie denerwuj się, ale musiałem wyjść. Coś się stało przy barierze, zaczęła emanować dziwną energią, którą nawet ja czuję mimo, że jestem człowiekiem. Wrócę jak naj...

                Nie przeczytała dalej, bo złapał ją bardzo silny skurcz, już wcześniej miała kilka takich, ale nie powtarzały się tak często jak te i nie bolały tak mocno. Bała się. Łzy leciały po jej zaróżowionych z bólu policzkach. Doczołgała się na łóżko, z przerażeniem rejestrując, że skurcze nie mijają. Po chwili wiedziała co się stało. Zaczęła rodzić. Trochę za wcześnie, ale przecież nie mogła tego przerwać. Zacisnęła bardzo mocno zęby i zaczęła przeć, miała ogromną nadzieję, że ktokolwiek, zdąży przyjść. Cały czas pamiętała moment, kiedy dowiedziała się, że ciąża jest zagrożona. Czasem myślała, że nad jej rodziną ciąży jakieś fatum. Jęknęła z bólu i zaczęła krzyczeć. Nie długo wszystko miało się skończyć, była tego dziwnie pewna nie wiedziała tylko, czy to dobrze, czy źle...