Nie wiem do końca co myśleć o tym rozdziale a wy co uważacie?
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
                Pocałunek prawdziwej miłości, nie działał. Próbował tego codziennie i wiedział, że jego miłość jest szczera. Sam chętnie zamieniłby się z dziewczyną, ale zaraz reflektował się i przypominał sobie, że wolał by umrzeć, niż sprawić Elsie taki ból jaki on odczuwa, przez jej stan. Kochał ją tak mocno, zrobi wszystko, żeby zminimalizować jej cierpienie do minimum.
                Jeśli myślał, ze łatwo przyjdzie mu znaleźć rozwiązanie i nie wpaść w jakąś chorobliwą paranoję, to bardzo się mylił. Minęło osiem długich miesięcy odkąd zniknął Mrok, to był dla jednych czas na odbudowy własnych małych światów, które zniszczyło zło. Dla białowłosego to był koszmar z którego chciał się jak najszybciej obudzić. Na początku skupiał się na Elsie. Chciał ją obudzić, ale po jakimś czasie bezowocnych prób, zaczął przyglądać się barierze, która otaczała całą jej wspaniałą postać. Zewnętrzna, elektryzująca, błękitna skorupa, była niezwykle zimna, kawałki lodu wirowały w niej z zawrotną prędkością i naprawdę trudno było mu przez nią przechodzić. Skupił się najpierw na niej. Tworzył bariery, śnieżne mury o różnej grubości, które według niego spokojnie potrafiłyby, zatrzymać taką zamieć. Te jednak poddawały się po kilku minutach. Bezradność, próbowała przejąć nad nim kontrolę, ale się nie dał, nie mogło być tak, źle. Pokonali Mroka i jedyne co dzieliło go od szczęścia to właśnie wybudzenie ukochanej z tego okropnego snu. Oglądał barierę z każdej strony, dotykał jej delikatnie, patrząc z zdziwieniem jak jego palce, po raz pierwszy reagują na chłód.  To było zadziwiające, ekscytujące, nieprzyjemne ale przede wszystkim ludzkie. Jeśli, nie mógł znieść swojej bezradności, wlatywał w ten prąd i leciał przeciw niemu, dopóki tylko mógł wytrzymać. Powolny proces autodestrukcji, który zaczął jechać w naprawdę nieprzewidzianym kierunku. Miał nadzieję, że nie wykolei się przed stacją.
                Nie było tak, że walczył o Elsę sam, bo wcale tak nie było. Wszyscy wertowali książki, czy szukali ludzi, którzy być może mogą coś wiedzieć. Był im za to wdzięczny i naprawdę miał nadzieję, że  szybko którykolwiek z nich przyjdzie z przełomem. Pewnego dnia nie wytrzymał. Stał poza barierą, tym razem naprawdę nie wiedząc, czy da radę ja przejść... w jednym kawałku. Był osłabiony, doskonale wiedział, że się  trochę zaniedbał. Jego organizm nie przyzwyczajony do ograniczeń a umysł zmuszony do nagłego wysiłku. To nie mogło się dobrze skończyć. Naprawdę, nie miał pojęcia czy tym razem to dobry pomysł, pomyślał o małej przerwie, jeden dzień, będzie czytał książki i być może uda mu się coś znaleźć. Zaraz jednak pomyślał co mogłaby na takie zachowanie pomyśleć jego Elsa. Chciał ją zostawić. Ogarnęło go irracjonalne poczucie winy. Elsa nigdy nie winiłaby go za odpoczynek, ale jego zamroczony umysł nie pojmował tego na razie. Wszedł w wir, zrobił dwa małe kroki i wir go porwał...
                Dryfował, czuł ogromne zimno, ale nie znaczyło to nic w porównaniu z tą ciszą jak go ogarnęła. Przymknął oczy, włosy przez wiatr przylgnęły mu do głowy. Zaczął powoli odzyskiwać rozum i począł zwalniać. Skupił cało pozostałą w sobie energię i chciał zatrzymać się wraz z wiatrem, który go popychał.
                Był za słaby, moc tarczy jeszcze przyspieszyła, sprawiając, że przez siłę odśrodkową wyleciał z tamtą z zawrotną prędkością, usłyszał kolejny wybuch i zapadł w ciemność.
***
                Otworzyła powoli swoje oczy, nie było tak jak się spodziewała. Zaraz po przebudzeniu, nie była zdezorientowana, od razu wiedziała co się stało... no może nie do końca. Pamiętała, jak stanęła koło  Mroka, jak moc kumulująca się w jej sercu prawie wyrwała się z pod kontroli, rozmawiała z nim chwilę i wyprowadził ją z równowagi. Niestety. Jej plan zakładał, że go zamrozi, nawet jeśli jej moc byłaby trochę nieokiełznana to na pewno, nie ona powinna być zamrożona. Złapała się za głowa pomieszczenie w którym się znajdowała było duże, ale mimo to dziwnie klaustrofobiczne.  Szła przed siebie, krzyczała, płakała, nawoływała, groziła, śpiewała, tańczyła, czarowała i wiele innych by ktokolwiek ją zauważył. Miała wiele czasu na przemyślenia i postanowiła sobie, że jeśli jakoś stąd wyjdzie to nie będzie się już wahać w sprawie Jack'a. Kocha ją a ona kocha jego, nie miała pojęcia nad czym się do tej pory zastanawiała.
                Nie miała pojęcia czy ona w ogóle jeszcze żyje, miała myśli samobójcze, choć nie wiedziała, czy dokładnie tak je można nazwać, bo zakładając, że już nie żyje, to czy mogłaby się zabić? Była naprawdę blisko pierwszemu, poważnemu i zapewne nieodwracalnemu krokowi w tym kierunku i właśnie w ostatnim jej zawahaniu, usłyszała piękny, doskonały, dźwięczny głos ukochanego. Myślała, ze jeśli wcześniej była w pełni władz umysłowych, to teraz na pewno je straciła, ale z każdym kolejnym słowem robiła się na przemian szczęśliwa i zrozpaczona. Szczęśliwa, bo to co do niej mówił, przekonywało ją do walki i trwania w tym nieszczęściu. Pokazywał jej całego siebie wszystkie swoje lenki i wątpliwości. Zrozpaczona bo mimo, iż bardzo tego pragnęła nie miała pojęcia jak wydostać się z tej patowej sytuacji. Każdego dnia czekała z niecierpliwością momentu, kiedy do niej przyjdzie i zaczną rozmawiać. To dzięki niemu mogła w ogóle określić ile już znajduje się w tej dziwnej rzeczywistości. Prawie skakała ze szczęścia, kiedy dowiedziała się, że będzie ciocią. Pojawiły się też pytania, czy ona kiedykolwiek zostanie matką? A jeśli stąd wyjdzie, to czy w ogóle będzie miała dzieci? Nie chciała tych pytań, ale same pojawiły się w jej głowie. Czasem dochodziła do pozytywnych wniosków, a czasem... nie chciała myśleć o tych innych rozwiązaniach.
                Obudziło ją szarpnięcie. Światło i głośny, trudny do zidentyfikowania dźwięk, a później wiatr. Patrzyła przerażona w przestrzeń, po chwili coś z wielką szybkością przeleciało pół metra od niej. Wystraszyła się. Odwróciła niepewnie głowę, nie spodziewała się tego co zobaczyła.
-Jack...
***

                Czuł się niesamowicie lekko, ogarniał go tak dobrze znany mu zapach. Zapach, którym mogła poszczycić się tylko jedna osoba. Delikatna woń jego ukochanej. Jej perfumy otaczały go z każdej strony. Tak dawno nie czuł tego zapachu, że czuł się lekko przestraszony, ale jeśli to był sen, to nie chciał się jeszcze obudzić. Zaniepokoił go naprawdę dopiero delikatny dotyk na włosach. Otworzył oczy i spojrzał w na spokojną twarz ukochanej. Płakała, ale jej twarz była spokojna.
-Tylko dzięki twoim słowom, nie zwariowałam tu z samotności.- Wyszeptała, ale doskonale ją słyszał. Rozejrzał się gwałtownie, był... gdzieś. Leżał na białej podłodze, wszędzie było biało, nie widział, żadnych ścian. Mieli na sobie swoje ciuchy.
-To sen...- Wyszeptał.
-Raczej koszmar.- Westchnęła dziewczyna.- Znalazłam się tu, i nie wiedziałam co się stało. Szłam przed siebie, ale donikąd nie doszłam, jakbym się w ogóle nie poruszała. Tu jest tak cicho, za cicho. Sam na sam ze swoimi myślami, myślałam, że zwariuję. Tylko dzięki temu, że mówiłeś do mnie miałam jakąkolwiek nadzieję, że nie jestem wariatką.- Uśmiechnęła się przez łzy, które powoli zaczęły płynąć po jej policzkach.- Jestem taka szczęśliwa, że mogę cię dotknąć, zobaczyć. Mam jednak nadzieję, że to tylko mój sen, że nie ma cie tu naprawdę, bo to okropne miejsce. Okropne miejsce, gdzie ludzi czeka tylko samotność.- Rozpłakała się na dobre.
-Nie płacz...- Wyszeptał, ale tak naprawdę nie mógł znaleźć słów jakimi mógłby ją pocieszyć. Złapał ją w swoje objęcia i po chwilowym milczeniu wyszeptał prosto do jej ucha.- Gdybym miał przeżyć tysiąc lat na ziemi bez ciebie a dzień tu z tobą, wybrałbym to miejsce, bo tylko ty możesz sprawić, że stanę się szczęśliwy.- Pocałował, ją mocno z całej siły. Nie ośmielił się jeszcze nigdy włożyć tyle pasji w pocałunek z nią, bojąc sie, że ja wystraszy, ale teraz tego potrzebował. Czuł jej mocne pociągnięcia za kosmyki swoich włosów, ale nie znaczyły one bynajmniej, że ma przerwać. Oddawała, każdy pocałunek z pasją i mocą, nic się dla niej w tym momencie nie liczyło. Tylko ten mężczyzna, który trzymał  ją mocno w swoich ramionach. Chciała się zapomnieć, pragnęła tego. Pragnęła Jack'a a on pragnął jej.  Czuła to w każdym jego dotyku ust, każdej pieszczocie chłodnych, delikatnych dłoni. W każdym jęku i westchnieniu. W mimice jego twarzy i ruchach ciała...
                Anna podświadomie czuła, że stało się coś... nie potrafiła tylko określi czy dobrego, czy raczej złego. Miała mieszane uczucia. Była zaniepokojono i wiedziała, że musi kogoś wysłać, żeby sprawdził, co się dzieje z Jack'em i Elsą. Zawsze ufała swojej intuicji, a odkąd zaszła w ciąże stał się ona jeszcze bardziej przydatna i wyostrzona. Jeśli można użyć takich zwrotów odnośnie do intuicji właśnie. Najpierw wołała, ale nikt jej nie słyszał.  Później potłukła cały serwis do herbaty jaki stał na szafce nocnej koło jej łóżka, zaczęła mieć coraz większe trudności z oddychaniem. Wiedziała, że nie wolno jej się denerwować, ale jak miała zachować spokój, kiedy prawdopodobnie coś się dzieje z jej siostrą i jej ukochanym?! Wytarła łzy z policzków i wstała z pełnym zaciętości wyrazem twarzy.
-Ugh, Kristoff!- Krzyknęła zła i zadyszana.- Niech ja cię tylko spotkam, miałeś być w pobliżu!- Wyszła z pokoju w przewiewnej koszuli nocnej. Oparła się o ścianę, bo zakręciło jej się w głowie. Szła powoli, kroczek po kroczu, głaszcząc wolną dłonią zaokrąglony brzuch. Miała urodzić na dniach. Ciąża była i tak zagrożona, dlatego teraz prawie w ogóle nie ruszał się z łóżka. - Kirstoff - Krzyknęła stojąc u szczytu schodów. Zaczęła się poważnie martwić, nawet jeśli mąż by jej nie usłyszał to ktoś inny na pewno. Krzyczała bardzo głośno a domostwo wyglądało jak opuszczone. Wystraszyła się nie na żarty.
                Jack trzymał śpiącą ukochaną w ramionach. Chciał się stąd wydostać i wiedział, że Elsa pragnie tego tak samo mocno jak on. Zamknął oczy, z których powoli zaczęły wydostawać się. słone łzy. Miał nadzieję, że los nie dał mu szansy na zobaczenie jej po raz ostatni. Obawiał się, że gdyby teraz wrócił do rzeczywistości, to zwariowałby na pewno. Dziękował jednak losowi, że pozwoli mu z nią pobyć. Zamknął ją w ciasnym uścisku, drżących z niepewności ramion i wyszeptał prosto do jej ucha.
-Kocham cię.- Uśmiechnął się przez łzy. Znalazł ją i teraz musieli tylko wrócić do siebie razem. Nie było nawet mowy o tym, żeby jeszcze kiedykolwiek oddzielili się od siebie na dłużej. Wiedział, że to by go zabiło.
                Anna nie wiedziała, czy chce zejść na dół, czy wrócić do pokoju. Źle się czuła, wolała więc nie zagrażać, życiu dziecka. To było rozsądne z jej strony, mimo, iż ze względu na siostrę w ogóle nie miała ochoty tego robić. Weszła do pokoju i spojrzała się tępo na łóżko, nie była pewna co ma ze sobą zrobić. Nie mogła nic poradzić na to, że jej głowę nawiedzały coraz czarniejsze scenariusze. Usiadła ciężko na łóżku, wzdychając cierpiętniczo. Chciała odgonić ponure myśli i zaczęła przeglądać zdjęcia na półkach. Nagle zauważyła, koło zdęcia przedstawiającego ich czwórkę kawałek porwanego pergaminu i w pośpiechu wypisane słowa.

                Anno, nie denerwuj się, ale musiałem wyjść. Coś się stało przy barierze, zaczęła emanować dziwną energią, którą nawet ja czuję mimo, że jestem człowiekiem. Wrócę jak naj...

                Nie przeczytała dalej, bo złapał ją bardzo silny skurcz, już wcześniej miała kilka takich, ale nie powtarzały się tak często jak te i nie bolały tak mocno. Bała się. Łzy leciały po jej zaróżowionych z bólu policzkach. Doczołgała się na łóżko, z przerażeniem rejestrując, że skurcze nie mijają. Po chwili wiedziała co się stało. Zaczęła rodzić. Trochę za wcześnie, ale przecież nie mogła tego przerwać. Zacisnęła bardzo mocno zęby i zaczęła przeć, miała ogromną nadzieję, że ktokolwiek, zdąży przyjść. Cały czas pamiętała moment, kiedy dowiedziała się, że ciąża jest zagrożona. Czasem myślała, że nad jej rodziną ciąży jakieś fatum. Jęknęła z bólu i zaczęła krzyczeć. Nie długo wszystko miało się skończyć, była tego dziwnie pewna nie wiedziała tylko, czy to dobrze, czy źle...
               


 Mam nadzieję, że podoba wam się nowy wygląd bloga i ścieżka dźwiękowa :) Zapraszam na kolejny rozdział.
***
                Chciał zobaczyć to na własne oczy. Słyszał wybuch, nawet przez chwilę jego oczy widziały tą wielką błękitną kulę czystej energii, która teraz zmniejszyła się ale nadal istniała, złowroga i dziwnie klaustrofobiczna. Leciał bez opamiętania, głuchy na krzyki innych. To było nieodpowiedzialne, mógł zginąć. Nie wiedział co zastanie w miejscu wybuchu. Ale nie myślał o tym, nie to było najważniejsze. Nie miał w sobie miejsca na złość, smutek, czy żal. Nie myślał o nikim innym tylko o swojej ukochanej i rozpierała go miłość. Ona była jego motorem, to Ona sprawiała, że się nie załamał. Wielka, niczym nieograniczona miłość.
                Pamiętał bardzo zimny wiatr, szczypiący nawet Jego w nos i uszy. Czuł swoje skostniałe palce u rąk i stóp. Widział swój oddech w postaci białego obłoczka wydobywającego się z ust. Jego ciałem wstrząsały dreszcze a zimne powietrze świszczało w płucach. Wiedział, że nie może lecieć, a może nie wiedział tylko tak mu się wydawało? Pamiętał fizyczne odczucia, ale nie mógł sobie przypomnieć co myślał. To było jak odurzenie. Zupełnie jakby nagle dostał czymś bardzo ciężkim w głowę. Nie pamiętał po co szedł, czemu się tak śpieszył, ale doskonale wiedział, że wiatr który kiedyś był jego sprzymierzeńcem, teraz za wszelką cenę chciał powstrzymać go od zrobienia jeszcze jednego kroku. Czuł jak rozpada się na kawałki. Rozum już wiedział, oczy widziały, ale serce nie chciało uwierzyć...
                W samym środku kuli stworzonej z wiatru i śniegu panowała wichura czarnego piasku, która nijako oddzielała go od ukochanej, ale widział ją. Była cała, zastygła w pozie heroicznego oddania, z dłońmi uniesionymi delikatnie w górę i stanowczą miną. Zupełnie tak samo piękna jak zawsze, tylko bardziej nierealna, jakby była szklaną lalką. Wytężył wzrok i zrobił jeden krok, potem drugi i jeszcze jeden.  Kiedy zorientował się na co patrzy, przestał czuć wszystko prócz swojego rozszalałego serca, które niczym młot tłukło się o jego żebra. Z każdym jego uderzeniem bolało coraz bardziej. Nie był w stanie powiedzieć co czuje zewnętrznie jak i wewnętrznie. Kiedy poniósł dłoń do policzka ze zdziwieniem zauważył, że płacze. Czemu płakał? Ona nie umarła...
                Po tygodniu od śmierci Mroka większość zwołanych ludzi wyjechała. Składając jeszcze słowa otuchy w ręce Anny lub Jack'a, jeśli ten jakimś cudem oderwał się od ukochanej. Nikt nie miał odwagi iść do Elsy. Podziwiali ją, niektórzy uważali, że jej czyn był szalony. Ale nie byli gotowi by spojrzeć na nią. Nieruchomą, wiecznie żywą a jednak nie żyjącą. Piękną bohaterkę, pokrytą idealnie cienką i  perfekcyjnie niezniszczalną warstwą lodu. Nikt nie chciał powiedzieć Annie i Jack'owi, że mało prawdopodobne jest to, że ona jeszcze, żyje. Nikt, nawet Mikołaj, nie miał odwagi zabrać im ostatniej kropli nadziei.
                Anna martwiła się o Jack'a o ile ona znajdowała pocieszenie w ramionach ukochanego to on nie szukał u nikogo pomocy i z dnia na dzień stawał się coraz bardziej oszalały. Ona była pewna, że jej starsza siostrzyczka żyje i była pewna też, że Jack wierzy w to równie mocno co ona. Ale kiedy ona powoli doprowadzała siebie do stanu używalności i stałości psychicznej. On powoli przenosił coraz to nowe księgi do stup Elsy, cały czas z nią rozmawiając i szukając sposobu by ją ożywić. Nie jadł, nie spał. Musieli zmuszać go do każdej normalnej ludzkiej czynności. Anna chciała mu pomóc, tak  bardzo jak tego pragnęła tak bardzo była przykuta do łóżka. Nie widziała sensu w kłóceniu się z opinią innych, bo sama nie czuła się na siłach, żeby wstać i iść do siostry.
                Nikt nie miał pojęcia, że dojście do ukochanej za każdym razem robi się coraz trudniejsze. Czuje, że to go powoli zabije, nogi powoli odmawiają mu posłuszeństwa. Coraz dłużej musi odpoczywać u jej stóp żeby powiedzieć jej cokolwiek normalnym głosem. Siedzi tam całymi dniami, czasem nocami i wie, że o wiele szybciej szukał by informacji gdyby siedział w bibliotece, ale nie może. Kocha ją tak mocno...
-Jeśli kiedyś zamienisz się w cholerny pył i nie zdążysz powiedzieć do mnie ani słowa przysięgam, że cię zabiję! Słyszysz?! Znajdę cię i zabiję! Nie możesz mnie tak zostawić, nie tak...- Czasem tak wyglądały ich rozmowy, on krzyczał a później płakał u jej stóp. Chwilę potem z jeszcze nie zastygłymi łzami na policzkach zaczyna szukać bez opamiętania w księgach. Musi coś znaleźć to jedyne czego jest pewien w takich chwilach.
-Błagam cię. Musisz się obudzić! Wiem, że mnie słyszysz. Kocham cię. Elso proszę. Możesz niczego nie pamiętać do choler, ale wróć! Nie dla mnie ale dla swojej siostry. Dla Anny. Błagam cię.- Płakał, błagał prosił i modlił się. To były dwa stany które napadały go niespodziewanie w jej obecności. Czasem na nią patrzył. Równie często po prostu opowiadał jej co się dzieje. Nikt inny nie mógł przedostać sie do Elsy.
-Wiesz, że Anna jest naprawdę osłabiona. Prawie nie może się ruszać. Naprawdę jesteś jej potrzebna. Nie powiedziałem Ci najważniejszego. Zostaniesz ciocią. Będziesz wspaniałą ciocią. Mam nadzieję, że wrócisz do nas zanim dojdzie do rozwiązania. Anna nie chce wybierać imienia bez c-ciebie. Widzisz znowu się rozpłakałem. Ostatnio zrobiłem się miękki. Ale to nic. Chcę tylko, żebyś do mnie wróciła. Żebyś wróciła do Anny. Kocham cie.- Czasami się załamywał, ale szybko się otrząsał. W pewnym sensie czuł się dziwną, egoistyczną satysfakcję z tego, że tylko on może przebywać przy Elsie.
                Bał się jej dotknąć, wyglądała na taką delikatną, taką kruchą i nierealną. Czasem śniło mu się, że do niego przychodzi, przytula go patrząc smutnym wzrokiem pełnym miłości. Nic nie mówią tylko się tulą do siebie. Jack nigdy nie chce jej puszczać, w jego mniemaniu mógłby już nigdy się nie obudzić byleby tylko po prostu z nią być, czuć jej dotyk. Nie musiałby z nią nawet rozmawiać. Czasem, kiedy nie mógł niczego znaleźć, niczego co dawałoby mu nadzieję, że Elsa jednak się obudzi, chciał, pragnął całym swoim sercem usnąć i nigdy, nigdy się nie obudzić. Nie w rzeczywistości gdzie jej nie ma. Kiedy natomiast budził się ze snu w którym ona była, płakał, bardzo długo. Nie chciał sie budzić, tak bardzo nie chciał. Przez długie minuty a czasem nawet godziny nie kontaktował.
                Jego dusza i ciało nie współgrały ze sobą, bo jakby mogły, kiedy jego dusza, całe jestestwo było zakute w lodzie. Tak blisko niego zaledwie na wyciągnięcie dłoni...
                Czasem nawiedzały go okropne myśli. Nie chciał myśleć nimi, brzydził się nimi i bał się, że mogą okazać się cholerną prawdą. Stał wtedy przed Nią i po prostu patrzył. Zastawiał się co Ona o nim myśli, czy ma go za tak wielkiego egoistę za jakiego on się uważa, czy może brzydzi się nim bardziej niż on sam. Bo jak niby, może siebie uważać za nieszczęśliwego człowieka, skoro to Ona jest unieruchomiona, to Ona nie może nic do niego powiedzieć. Wtedy gdy takie myśli go nawiedzają, przez chwilę, ale tylko przez chwilę, nawiedza go ta okropna, ohydna myśl, że może Ona wolała by nie żyć...
                Siedział w swoim pokoju, nie miał, żadnej ochoty wstać. Czuł, że właśnie dotarł do jakiejś granicy swojej wytrzymałości. Codziennie rano budził się zapłakany. Wstawał, jadł śniadanie, które smakowało jak piasek, wynosił książki z biblioteki, przedzierał się przez tą dziwną kulę śniegu i czarnego piachu, krzyczał, płakał, błagał i modlił się. Szukał w księgach, płakał. Modlił się. Rozmawiał z nią. Płakał. Załamywał się. Szukał. Płakał. Zbierał w sobie siłę. Krzyczał. Błagał. Mdlał ze zmęczenia. Budził się zapłakany. Szukał. Szedł na kolację, dopiero wtedy, gdy ktoś próbował się dostać do niego ryzykując własnym życiem. Jadł. Czasem się mył. Kładł się. Płakał. Zasypiał. Budził sie zapłakany. Tak było dzień w dzień, zachowywał się według określonego schematu, czasami tylko zmieniając kolejność różnych czynności. Dzisiaj było inaczej. Nie chciało mu się wstać. Zastanawiał się czy Anna go znienawidzi za to, że zostanie w domu. Wiedział, że zawiedzie Elsę, ale nie był w stanie nawet ruszyć palcem. Patrzył się  w sufit i myślał o tym ile osób w tym momencie zawodzi, ale nie mógł nic z tym zrobić. Dopiero świtało. Nie podniósł się, kiedy usłyszał pukanie do drzwi, nawet nie jęknął. Nie chciał by ktokolwiek był światkiem jego słabości. Przez jego ciało co chwilę przechodziły zimne dreszcze, strachu i upokorzenia. Nie rozumiał siebie, jak może tak wszystkich zawodzić.
-Jack?- Do pokoju wszedł postawny blondyn. Białowłosy nie zaszczycił go nawet spojrzeniem. Kristoff usiadł na łóżku i poklepał go "po bratersku" po głowie. Wydawać by się mogło, że chłopak nie może być osobą, która pociesz innych w chwilach załamani, ale to właśnie on wypowiedział słowa, które postawiły Jack'a na nogi. I nie były to słowa pocieszenia, ani nawet krytyki. Było to błaganie o pomoc, coś, co było prawdą, ale Jack, nie chciał już więcej odpowiedzialności. Blondyn powiedział.- Wstaniesz teraz. Zjesz marne śniadanie i pójdziesz do Elsy. Nie obchodzi mnie jak marnie się czujesz teraz, bo wiem, że jeśli będziesz tak leżał pogrążysz się w tej swojej cholernej pustce. A na to nie mogę pozwolić, bo ona jest gorsza od śmierci i jak pochłonie ciebie, to jestem pewien, dotknie też Anny. Nie zamierzam do tego dopuścić. Ona nie stara się dotrzeć do siostry tylko dlatego, że wie, iż TY dotrzymasz JEJ towarzystwa, tylko dla tego jeszcze zachowała zdrowy rozsądek! Myślisz, że tylko ty cierpisz?! Przepraszam to nie jest ferr, ale na twoich barkach spoczywa zdrowie psychiczne mojej żony i nie mogę nic z tym zrobić. Po za tym pamiętaj, że skoro nie ty i nie Anna będziecie mieli nadzieję, to kto mam mieć? Zastanów się tym.- Jack pierwszy raz widział, żeby chłopak płakał i nawet nie starał się tego ukrywać. Pokiwał lekko głową i dopiero kiedy blondyn wyszedł zdobył się na odwagę i spróbował wstać. Był smutny, oczy szczypały od zbierających się w nich łez, ale pojawiła się też jeszcze większa determinacja, to uczucie rozpierało go od środka. Umył się. Zjadł jałowe śniadanie w swojej sypialni i poleciał do Ukochanej. Tym razem coś się zmieniło, na lepsze. Nie było już płaczu. Wiedział, że wszystko będzie dobrze. To jedyna opcja, nie widział innych i nie chciał widzieć. Patrzył na Jej twarz, w jej piękne oczy i odzyskiwał nadzieję. Nie miał pojęcia dlaczego dopiero słowa męża Anny tak na niego podziałały, bo przecież wiedział o tym od dawna. Po prostu przez chwilę musiał się załamać, to było nieuniknione. Upadł, ale teraz wstał jeszcze silniejszy.
-Słuchaj no kochanie.- Powiedział z determinacją.- Obudzisz się prędzej czy późnie i nie będzie mnie obchodzić co na to powiesz wyjdziesz za mnie. Będziemy razem szczęśliwi...- Uśmiechnął się lekko i wziął do rąk kolejną księgę.- Zamieszkamy razem i będziemy szczęśliwi!- Był zachwycony tą wizją. Praca szła mu jeszcze szybciej, co chwilę dorzucał jakieś niepowiązane z niczym konkretnym zdanie, które dotyczyło ich przyszłości. Pod koniec dnia doszedł do momentu, gdzie mówił.- A nasze wnuki będą słodziutki i będziemy je rozpieszczać.
                Wstąpiła w niego nadzieja. Tak, czasem płakał, tak głośno, że był pewien przebił ten szalejący głośno wokół czarny piach, ale już się tym nie przejmował. Bo to nie były łzy słabości. Nie był słaby. Można było powiedzieć o nim wszystko, ale nie to, że był słaby. On płakał, nie z rozpaczy. Płakał ze zniecierpliwienia, bo nie mógł doczekać się momentu kiedy Elsa  przytuli go naprawdę. Po raz setny powtarzał sobie w myślach jak bardzo Ją kocha. Wiedział, że to się nigdy nie zmieni. Ona była jego drugą połówką, żadna inna połówka nie będzie pasowała ani do Niej ani do Niego. Wiedział, że jest Tą jedyną. Ich miłość nie przeminie. Naprawdę zamierzał się jej oświadczyć, to nie były puste słowa. Przed jej aktem heroizmu, nie myślał nawet o swojej przyszłości, kiedy żyło się tak długo to nie miało znaczenia, ale teraz, kiedy już wie jak cienka linia łączy ich wieczność od nicości. To całkowicie zmieniło jego punktu widzenia. Uśmiechnął się patrząc w jej oczy. Tak bardzo Ją kochał, mógł Jej to powtarzać miliony razy, w myślach, na głos, na jawie, we śnie. Za każdym razem jednak nie nabierały one więcej znaczenia, bo już po raz pierwszy, kiedy je wypowiedział miały one prawdziwie wielką wartość, bo były szczere płynące z głębi serca.
-Wrócisz do nas...- Wyszeptał z delikatnym, ale pewnym siebie uśmiechem.- Mam na to całą wieczność.- Uśmiechnął się trochę melancholijnie.- Postaram się, żebyś nie musiała tak długo czekać...


Pegazy były naprawdę pięknymi stworzeniami, czarodzieje z zafascynowaniem przyglądali się śnieżnym koniom, chcąc pojąć, w jaki sposób Elsa je ożywiła, ta jednak nie miała ochoty rozmawiać o aspektach i ograniczeniach swojej mocy, za bardzo zależało jej na czasie. Wiedziała, że suknia nie będzie odpowiednim strojem na lot koniem, dlatego, założyła swój strój do jazdy konnej, drugi pożyczyła Laurze. W skład stroju wchodziły dopasowane czarne spodnie, biała koszula i brązowy długi płaszcz z kapturem z rozcięciem z tyłu.
Było zimniej niż podejrzewali, Elsie nie robiło to różnicy, ale innym tak, dlatego musieli lecieć nieco wolniej niż planowali, zdążyli jednak dotrzeć na miejsce w samą porę, nie mieli czasu, żeby znowu powtórzyć swój plan. Elsa zachowywała się spokojnie, choć wewnątrz drżała ze strachu, wiedziała, że musi się uspokoić, bo koszmary przyciąga strach, tym razem nie był to strach spowodowany jej mocą albo bezradnością, bała się, że może nie wrócić z tej misji bała się o swoje życie. Ukradkiem, kiedy zdawało jej się, że nikt na nią nie patrzy pozwoliła sobie na kilka dramatycznych oddechów. Pomogło jej się to w nieznacznym stopniu uspokoić. Zdobyła się na pokrzepiający uśmiech w stronę pozostałych i ruszyła razem z Laurą w stronę siedzimy Mroka.
Twierdza była dokładnie taka, jaką wyobrażała sobie Elsa. W porównaniu z jej zamkiem czy z domem Mikołaja wydawała się mizerna i mała, ale to były tylko pozory. Kamienny budynek otaczały drzewa, nieliczne okna były tak małe, że na pewno nie udałoby się im przez nie uciec w razie potrzeby. Nieco zmartwiło to blondynkę, bo na razie widziała tylko jedno wejście, które było pilnie strzeżone. Budynek znajdował się po środku puszczy, nikt raczej się tu nie zapuszczał, wyglądał na opuszczony, a czarne cienie przemieszczające się po posiadłości dodawały mu tylko upiornego wyrazu.
-Podwoili straże.- Szepnęła z niedowierzaniem Laura. Elsa wyczuła, że dziewczyna powoli się poddaje, nie mogła do tego dopuścić, jeśli się poddają zaczną być nieostrożne a to może nieść za sobą straszne konsekwencje.- Nie dostaniemy się do środka.- Mózg władczyni lodu pracował na potrojonych obrotach spojrzała na siebie i na twierdzę i już wiedziała, co muszą zrobić.
-Dostaniemy się.- Powiedziała z pewnością w głosie Elsa. Wszystkie wątpliwości, jakie miała nagle zniknęły. Ruszyła przed siebie pewnym krokiem.-Powiesz, że mnie przekonałaś abym się do ciebie przyłączyła, abym przyłączyła się do Mroka, kiedy tylko Cię odwoła pobiegniesz do siostry i uciekniecie.
-Co?! Nie możesz!- Laura nie mogła na to pozwolić, ale Elsa już zdecydowała, miała plan, jeśli Mrok zostanie pozbawiony pomocy dziewczyn, nie będzie mógł już nikim manipulować to dostatecznie go zdenerwuje może nawet na tyle, że straci koncentracje i Elsa będzie mogła zadać ostateczny cios, nawet za cenę własnego życia. Nie, nie była by zdolna do morderstwa, nawet, jeśli miałaby zabić kogoś tak niegodziwego, ale miała inny plan. Laura tylko z wyrazu twarzy blondynki mogła stwierdzić, że nic nie wskóra, ale mimo to nie ruszyła się nawet o milimetr.
-Pójdę nawet bez ciebie!- Krzyknęła nie przejmowała się czy ktoś ją usłyszy, nie teraz, kiedy już postanowiła. Nie będzie żadnej wojny, ani rozlewu krwi już ona się o to postara.Czarnowłosa ruszyła do Elsy, nadzieje powróciła, już niedługo spotka swoją siostrę. Jeśli wszystko pójdzie dobrze...
                Weszły o dziwo bez problemu, Elsa uważała, że to podejrzane, ale nie było już żadnej możliwości odwrotu.  Szła z mocno kołaczącym sercem przez ciemny i bardzo słabo oświetlony, wilgotny korytarz.  Laura bez słowa szła za nią, od wewnątrz trawiło ją oczekiwanie na wolność i strach. Teraz bała się o dwie osoby, o swoją siostrzyczkę i Else, śmiało mogła nazwać tą drugą przyjaciółką. Doszły do dużych drzwi, były podniszczone, ale jednocześnie zdawały się być bardzo trudne do sforsowania. Zatrzymały się przed nimi na chwilę.
-Pamiętaj.- Szepnęła Elsa.- Kiedy tylko Cię wypuści, zabierasz swoją siostrę i uciekasz jak najdalej. Gdybym już nie wyszła powiedz Jack’owi i Annie, że ich kocham.
-Co ty…- Nigdy nie dokończyła tego pytania, bo Elsa otworzyła drzwi, za którymi znajdował się Mrok, w każdym tego słowa znaczeniu.
                Anna obudziła się targana niezwykle dziwnym przeczuciem, poderwała się gwałtownie i zaczęła się szybko ubierać, jednocześnie chciała zachowywać się jak najciszej. Nie rozumiała powodu swojego roztrzęsienia, ale było to uniej conajmniej dziwnym stanem. Ręce jej się trzęsły i dziwnie pociły, próbowała zapiąć sukienkę, ale ręce z żadne skarby świata nie chciały z nią współpracować. Pierwszy raz zdarzyło jej się tak szpetnie i głośno przekląć. Z nerwów bolał ją brzuch, to nie było wcale a wcale miłe uczucie.  Jakimś cudem udało jej się nie obudzić, męża mimo, iż jej ruchom daleko było do ciszy. Szybkim krokiem ruszyła do drzwi, nie zdążyła tam jednak nawet dojść bo poczuła nagłą falę mdłości. Próbowała ją zignorować, ale nie dało sie już po kilku krokach wiedziała, że jeśli szybko nie znajdzie się w pobliżu łazienki to będzie bardzo źle. Pozwoliła, więc, żeby ten dziwny i irracjonalny strach opanował ją jeszcze bardziej. Sama siebie próbowała uspokoić, mówiła, że gdyby naprawdę coś złego się stało to na pewno już by o tym wiedziała. Wiedziała, że tak by było a mimo to po jej policzkach płynęły łzy, kiedy zwracała wczorajszą kolację.
                Jack cały w niepewności stał pod drzwiami swojej ukochanej, nie był pewny, że porozumienie od którego doszli wczoraj jeszcze trwa. Serce biło mu mocno a na ustach znajdował się szeroki uśmiech. Zapukał energicznie i nie czekając na odpowiedz wszedł do pustego pokoju. Łóżko było zaścielona a pościel zimna, był ranek i wiedział, że Elsa powinna jeszcze znajdować się w pokoju, nie zaniepokoił się jednak tak jak powinien. Pomyślał, że nie mogła spać i znajduje się teraz w jadalni, nie mógł się bardziej mylić. W jego umyśle pojawił się cień strachu, ale zignorował go nie mógł pozwolić, żeby cokolwiek rozdzieliło jego i Elsę, nie dopuszczał do siebie takich myśli.
                Wszedł do jadalni i powolnym spojrzeniem powiódł po znajdujących się tam ludziach. Nie zauważył Elsy, Anny i Kristoff'a, Astrid i Czkawki oraz co najbardziej go zdenerwowało Laury. Miał już się spytać kogoś, czy nie wiedzą, gdzie owa grupa może się znajdować, kiedy do pomieszczenia wpadł rozdygotany blondyn. Był blady jak trup, a zwyczajowa wesołość ustąpiła miejsca autentycznemu przerażeniu.
-Anna!- Krzyknął wskazując dłonią bliżej nieokreślony kierunek.- Źle się czuje i chyba ma gorączkę, ale cały czas woła, żeby zobaczyć co z Elsą. Gdzie ona jest?- Krzyknął. Wydawał się być rozerwany między pragnieniem wiecznego trwania przy żonie a spełnieniem jej prośby.  Jack słysząc tylko imię swojej lubej wybiegł z domu i zaczął wołać ją, po kilku próbach i ciszy która mu odpowiedziała, zaczął panikować. Latał w tą i z powrotem niczym w jakimś amoku jakby to miało sprawić, że zaginieni zaraz się pojawią. Był pewien, że to wina Laury. Zaczął się na nią wściekać i wyzywać na wszystkie znane sobie sposoby, dopiero ciepła dłoń Mikołaja na ramieniu pozwoliła mu się opanować na tyle by przyjąć plan działania jaki wymyśliła reszta, podczas gdy on panikował. Nie wiedzieli gdzie są, ale starali się uspokoić Jack'a. Nie mogli dopuścić, by w szeregach zapanował chaos. Nikt nie śmiał na głos powiedzieć tego co wszystkim chodzi po głowach, ale Anna było tego niemal pewna. Czuła, że Elsa w tym momencie znajduje się tam skąd nie ma wyjścia. Wiedziała, że wszystko rozstrzygnie się  szybciej niż powinno a ona jeszcze nie była na to gotowa. Miała nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczy swoją siostrę. Wszyscy mieli nadzieję, że jeszcze kiedyś ujrzą Elsę.
                Laura biegła ile sił w nogach, nie miała czasu do stracenia. Zdradzieckie łzy lały się po jej policzkach i czuła uścisk w brzuchu. Po chwili wleciała przez stare drzwi do małego pokoju w którym znajdowały się tylko dwie prycze, które ledwo można było nazwać łóżkami i jeden kufer na ubrania. Smutna złotooka dziewczyna spojrzała na Laurę a jej oczy momentalnie rozszerzyły się w wyrazie bezgranicznego szczęścia. Rzuciła się na Laurę z cichym piskiem i rozpłakała się.
-Bałam się, że już Cię nie zobaczę.- Ściskała kurczowo dłonie na ramionach siostry, jakby bojąc się, że ta zaraz zniknie i już nigdy się nie zobaczą.
-Ciii...- Uspokajała siostrę.- Spokojnie, musimy teraz szybko stąd wyjść, nie ma czasu.- Pomogła wstać siostrze, wzięła kilka jej rzeczy i lekko przyspieszonym krokiem zaczęły pędzić w stronę wyjścia. Odprowadzał je opętańczy śmiech zadowolenia Mroka.  Laura miała wielką ochotę wrócić po blondynkę, ale wiedziała, że był to daremny trud. Nie pokonała by Mroka, ona umie jedynie zmieniać wygląd. Łzy bólu i straty płynęły po jej policzkach, kiedy wsiadała na konia z siostrą i łzawym głosem kazała wszystkim wracać. Obróciła się tylko raz, w samą porę by z oddali zobaczyć wybuch dziwnej jasno niebieskiej pary i kawałków lodu. Nie zastanawiała się co to jest, ale wiedziała jedno. Wybuchu nie spowodował Mrok.
                Nie miała odwagi stanąć twarzą w twarz z Jack'iem i resztą rodziny Anny. Rozdzieliła się z nimi w połowie drogi postanawiając, że zamieszka w razem z siostrą gdzieś, gdzie ich umiejętność nie będzie mogła posłużyć nikomu w złych celach. Wiedziała, że jest tchórzem, ale nie dała by rady. Wolała, żyć z tym piętnem do końca. Niż powiedzieć ukochanemu Elsy, że dziewczyna prawdopodobnie nigdy już nie pojawi się w jego życiu. Chciała zamknąć ten rozdział, musiała dla swojej siostry. Miały tylko siebie.
                Anna w pewnym momencie zasnęła w połowie z gorączki a w połowie ze zmartwienia. Obudziło ją lekkie drżenie ziemi, zerwała się błądząc po zebranych przy jej boku ludziach niewidzącym wzrokiem, po czym znów zapadła w sen. Następne przebudzenie, obudziło nieco bardziej jej świadomość. Już nie czuła tego irracjonalnego strachu, zastąpiła go przerażając pustka. Przy jej łóżku siedział tylko jej mąż. Miał załzawione oczy i grobowy wyraz twarzy. Do głowy wpadło jej naraz tysiące czarnych scenariuszy.
-Kochanie...- Zaczął powoli i niepewnie, z jakiegoś powodu Anna zdenerwowała się cholernie z powodu tonu jego głosu.
-Lepiej przemyśl dwa razy to co chcesz mi powiedzieć.- Prawie krzyknęła ze złością. Blondyn jedynie opuścił głowę nie patrząc jej w oczy.
-Elsa...Ona...
-Nie kończ.- Mimowolnie kręciła głową.
-Doprowadziła do eksplozji w której zginął Mrok...- Anna zaczęła płakać wiedziała, że to nie jest koniec wypowiedzi.
-Gdzie ona jest?- Spytała na przekór tego co powoli do niej docierało.
-Przykro mi Anno.- Zaczął płakać i przytulił ją do siebie.
-Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie...- Powtarzała się i nie mogła przestać.- Kłamiesz! Odwołaj to! W tej chwili.
-Anno...
-Nie...- Łzy płynęły po jej policzkach.- To nie prawda... To mi się tylko śni...- Ale wiedziała, że to nie sen. Jej krzyki powoli słabły, pozostał tylko cichy szept i łzy...