Pegazy były naprawdę pięknymi stworzeniami, czarodzieje z zafascynowaniem przyglądali się śnieżnym koniom, chcąc pojąć, w jaki sposób Elsa je ożywiła, ta jednak nie miała ochoty rozmawiać o aspektach i ograniczeniach swojej mocy, za bardzo zależało jej na czasie. Wiedziała, że suknia nie będzie odpowiednim strojem na lot koniem, dlatego, założyła swój strój do jazdy konnej, drugi pożyczyła Laurze. W skład stroju wchodziły dopasowane czarne spodnie, biała koszula i brązowy długi płaszcz z kapturem z rozcięciem z tyłu.
Było zimniej niż podejrzewali, Elsie nie robiło to różnicy, ale innym tak, dlatego musieli lecieć nieco wolniej niż planowali, zdążyli jednak dotrzeć na miejsce w samą porę, nie mieli czasu, żeby znowu powtórzyć swój plan. Elsa zachowywała się spokojnie, choć wewnątrz drżała ze strachu, wiedziała, że musi się uspokoić, bo koszmary przyciąga strach, tym razem nie był to strach spowodowany jej mocą albo bezradnością, bała się, że może nie wrócić z tej misji bała się o swoje życie. Ukradkiem, kiedy zdawało jej się, że nikt na nią nie patrzy pozwoliła sobie na kilka dramatycznych oddechów. Pomogło jej się to w nieznacznym stopniu uspokoić. Zdobyła się na pokrzepiający uśmiech w stronę pozostałych i ruszyła razem z Laurą w stronę siedzimy Mroka.
Twierdza była dokładnie taka, jaką wyobrażała sobie Elsa. W porównaniu z jej zamkiem czy z domem Mikołaja wydawała się mizerna i mała, ale to były tylko pozory. Kamienny budynek otaczały drzewa, nieliczne okna były tak małe, że na pewno nie udałoby się im przez nie uciec w razie potrzeby. Nieco zmartwiło to blondynkę, bo na razie widziała tylko jedno wejście, które było pilnie strzeżone. Budynek znajdował się po środku puszczy, nikt raczej się tu nie zapuszczał, wyglądał na opuszczony, a czarne cienie przemieszczające się po posiadłości dodawały mu tylko upiornego wyrazu.
-Podwoili straże.- Szepnęła z niedowierzaniem Laura. Elsa wyczuła, że dziewczyna powoli się poddaje, nie mogła do tego dopuścić, jeśli się poddają zaczną być nieostrożne a to może nieść za sobą straszne konsekwencje.- Nie dostaniemy się do środka.- Mózg władczyni lodu pracował na potrojonych obrotach spojrzała na siebie i na twierdzę i już wiedziała, co muszą zrobić.
-Dostaniemy się.- Powiedziała z pewnością w głosie Elsa. Wszystkie wątpliwości, jakie miała nagle zniknęły. Ruszyła przed siebie pewnym krokiem.-Powiesz, że mnie przekonałaś abym się do ciebie przyłączyła, abym przyłączyła się do Mroka, kiedy tylko Cię odwoła pobiegniesz do siostry i uciekniecie.
-Co?! Nie możesz!- Laura nie mogła na to pozwolić, ale Elsa już zdecydowała, miała plan, jeśli Mrok zostanie pozbawiony pomocy dziewczyn, nie będzie mógł już nikim manipulować to dostatecznie go zdenerwuje może nawet na tyle, że straci koncentracje i Elsa będzie mogła zadać ostateczny cios, nawet za cenę własnego życia. Nie, nie była by zdolna do morderstwa, nawet, jeśli miałaby zabić kogoś tak niegodziwego, ale miała inny plan. Laura tylko z wyrazu twarzy blondynki mogła stwierdzić, że nic nie wskóra, ale mimo to nie ruszyła się nawet o milimetr.
-Pójdę nawet bez ciebie!- Krzyknęła nie przejmowała się czy ktoś ją usłyszy, nie teraz, kiedy już postanowiła. Nie będzie żadnej wojny, ani rozlewu krwi już ona się o to postara.Czarnowłosa ruszyła do Elsy, nadzieje powróciła, już niedługo spotka swoją siostrę. Jeśli wszystko pójdzie dobrze...
                Weszły o dziwo bez problemu, Elsa uważała, że to podejrzane, ale nie było już żadnej możliwości odwrotu.  Szła z mocno kołaczącym sercem przez ciemny i bardzo słabo oświetlony, wilgotny korytarz.  Laura bez słowa szła za nią, od wewnątrz trawiło ją oczekiwanie na wolność i strach. Teraz bała się o dwie osoby, o swoją siostrzyczkę i Else, śmiało mogła nazwać tą drugą przyjaciółką. Doszły do dużych drzwi, były podniszczone, ale jednocześnie zdawały się być bardzo trudne do sforsowania. Zatrzymały się przed nimi na chwilę.
-Pamiętaj.- Szepnęła Elsa.- Kiedy tylko Cię wypuści, zabierasz swoją siostrę i uciekasz jak najdalej. Gdybym już nie wyszła powiedz Jack’owi i Annie, że ich kocham.
-Co ty…- Nigdy nie dokończyła tego pytania, bo Elsa otworzyła drzwi, za którymi znajdował się Mrok, w każdym tego słowa znaczeniu.
                Anna obudziła się targana niezwykle dziwnym przeczuciem, poderwała się gwałtownie i zaczęła się szybko ubierać, jednocześnie chciała zachowywać się jak najciszej. Nie rozumiała powodu swojego roztrzęsienia, ale było to uniej conajmniej dziwnym stanem. Ręce jej się trzęsły i dziwnie pociły, próbowała zapiąć sukienkę, ale ręce z żadne skarby świata nie chciały z nią współpracować. Pierwszy raz zdarzyło jej się tak szpetnie i głośno przekląć. Z nerwów bolał ją brzuch, to nie było wcale a wcale miłe uczucie.  Jakimś cudem udało jej się nie obudzić, męża mimo, iż jej ruchom daleko było do ciszy. Szybkim krokiem ruszyła do drzwi, nie zdążyła tam jednak nawet dojść bo poczuła nagłą falę mdłości. Próbowała ją zignorować, ale nie dało sie już po kilku krokach wiedziała, że jeśli szybko nie znajdzie się w pobliżu łazienki to będzie bardzo źle. Pozwoliła, więc, żeby ten dziwny i irracjonalny strach opanował ją jeszcze bardziej. Sama siebie próbowała uspokoić, mówiła, że gdyby naprawdę coś złego się stało to na pewno już by o tym wiedziała. Wiedziała, że tak by było a mimo to po jej policzkach płynęły łzy, kiedy zwracała wczorajszą kolację.
                Jack cały w niepewności stał pod drzwiami swojej ukochanej, nie był pewny, że porozumienie od którego doszli wczoraj jeszcze trwa. Serce biło mu mocno a na ustach znajdował się szeroki uśmiech. Zapukał energicznie i nie czekając na odpowiedz wszedł do pustego pokoju. Łóżko było zaścielona a pościel zimna, był ranek i wiedział, że Elsa powinna jeszcze znajdować się w pokoju, nie zaniepokoił się jednak tak jak powinien. Pomyślał, że nie mogła spać i znajduje się teraz w jadalni, nie mógł się bardziej mylić. W jego umyśle pojawił się cień strachu, ale zignorował go nie mógł pozwolić, żeby cokolwiek rozdzieliło jego i Elsę, nie dopuszczał do siebie takich myśli.
                Wszedł do jadalni i powolnym spojrzeniem powiódł po znajdujących się tam ludziach. Nie zauważył Elsy, Anny i Kristoff'a, Astrid i Czkawki oraz co najbardziej go zdenerwowało Laury. Miał już się spytać kogoś, czy nie wiedzą, gdzie owa grupa może się znajdować, kiedy do pomieszczenia wpadł rozdygotany blondyn. Był blady jak trup, a zwyczajowa wesołość ustąpiła miejsca autentycznemu przerażeniu.
-Anna!- Krzyknął wskazując dłonią bliżej nieokreślony kierunek.- Źle się czuje i chyba ma gorączkę, ale cały czas woła, żeby zobaczyć co z Elsą. Gdzie ona jest?- Krzyknął. Wydawał się być rozerwany między pragnieniem wiecznego trwania przy żonie a spełnieniem jej prośby.  Jack słysząc tylko imię swojej lubej wybiegł z domu i zaczął wołać ją, po kilku próbach i ciszy która mu odpowiedziała, zaczął panikować. Latał w tą i z powrotem niczym w jakimś amoku jakby to miało sprawić, że zaginieni zaraz się pojawią. Był pewien, że to wina Laury. Zaczął się na nią wściekać i wyzywać na wszystkie znane sobie sposoby, dopiero ciepła dłoń Mikołaja na ramieniu pozwoliła mu się opanować na tyle by przyjąć plan działania jaki wymyśliła reszta, podczas gdy on panikował. Nie wiedzieli gdzie są, ale starali się uspokoić Jack'a. Nie mogli dopuścić, by w szeregach zapanował chaos. Nikt nie śmiał na głos powiedzieć tego co wszystkim chodzi po głowach, ale Anna było tego niemal pewna. Czuła, że Elsa w tym momencie znajduje się tam skąd nie ma wyjścia. Wiedziała, że wszystko rozstrzygnie się  szybciej niż powinno a ona jeszcze nie była na to gotowa. Miała nadzieję, że jeszcze kiedyś zobaczy swoją siostrę. Wszyscy mieli nadzieję, że jeszcze kiedyś ujrzą Elsę.
                Laura biegła ile sił w nogach, nie miała czasu do stracenia. Zdradzieckie łzy lały się po jej policzkach i czuła uścisk w brzuchu. Po chwili wleciała przez stare drzwi do małego pokoju w którym znajdowały się tylko dwie prycze, które ledwo można było nazwać łóżkami i jeden kufer na ubrania. Smutna złotooka dziewczyna spojrzała na Laurę a jej oczy momentalnie rozszerzyły się w wyrazie bezgranicznego szczęścia. Rzuciła się na Laurę z cichym piskiem i rozpłakała się.
-Bałam się, że już Cię nie zobaczę.- Ściskała kurczowo dłonie na ramionach siostry, jakby bojąc się, że ta zaraz zniknie i już nigdy się nie zobaczą.
-Ciii...- Uspokajała siostrę.- Spokojnie, musimy teraz szybko stąd wyjść, nie ma czasu.- Pomogła wstać siostrze, wzięła kilka jej rzeczy i lekko przyspieszonym krokiem zaczęły pędzić w stronę wyjścia. Odprowadzał je opętańczy śmiech zadowolenia Mroka.  Laura miała wielką ochotę wrócić po blondynkę, ale wiedziała, że był to daremny trud. Nie pokonała by Mroka, ona umie jedynie zmieniać wygląd. Łzy bólu i straty płynęły po jej policzkach, kiedy wsiadała na konia z siostrą i łzawym głosem kazała wszystkim wracać. Obróciła się tylko raz, w samą porę by z oddali zobaczyć wybuch dziwnej jasno niebieskiej pary i kawałków lodu. Nie zastanawiała się co to jest, ale wiedziała jedno. Wybuchu nie spowodował Mrok.
                Nie miała odwagi stanąć twarzą w twarz z Jack'iem i resztą rodziny Anny. Rozdzieliła się z nimi w połowie drogi postanawiając, że zamieszka w razem z siostrą gdzieś, gdzie ich umiejętność nie będzie mogła posłużyć nikomu w złych celach. Wiedziała, że jest tchórzem, ale nie dała by rady. Wolała, żyć z tym piętnem do końca. Niż powiedzieć ukochanemu Elsy, że dziewczyna prawdopodobnie nigdy już nie pojawi się w jego życiu. Chciała zamknąć ten rozdział, musiała dla swojej siostry. Miały tylko siebie.
                Anna w pewnym momencie zasnęła w połowie z gorączki a w połowie ze zmartwienia. Obudziło ją lekkie drżenie ziemi, zerwała się błądząc po zebranych przy jej boku ludziach niewidzącym wzrokiem, po czym znów zapadła w sen. Następne przebudzenie, obudziło nieco bardziej jej świadomość. Już nie czuła tego irracjonalnego strachu, zastąpiła go przerażając pustka. Przy jej łóżku siedział tylko jej mąż. Miał załzawione oczy i grobowy wyraz twarzy. Do głowy wpadło jej naraz tysiące czarnych scenariuszy.
-Kochanie...- Zaczął powoli i niepewnie, z jakiegoś powodu Anna zdenerwowała się cholernie z powodu tonu jego głosu.
-Lepiej przemyśl dwa razy to co chcesz mi powiedzieć.- Prawie krzyknęła ze złością. Blondyn jedynie opuścił głowę nie patrząc jej w oczy.
-Elsa...Ona...
-Nie kończ.- Mimowolnie kręciła głową.
-Doprowadziła do eksplozji w której zginął Mrok...- Anna zaczęła płakać wiedziała, że to nie jest koniec wypowiedzi.
-Gdzie ona jest?- Spytała na przekór tego co powoli do niej docierało.
-Przykro mi Anno.- Zaczął płakać i przytulił ją do siebie.
-Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie...- Powtarzała się i nie mogła przestać.- Kłamiesz! Odwołaj to! W tej chwili.
-Anno...
-Nie...- Łzy płynęły po jej policzkach.- To nie prawda... To mi się tylko śni...- Ale wiedziała, że to nie sen. Jej krzyki powoli słabły, pozostał tylko cichy szept i łzy...



   Ależ wy umiecie słodzić..... Dobra miałam dodać 14-tego, ale macie cieszcie się, to dla was za ten mój uśmiech, który wywołują na mojej twarzy wasze komętarze...

   Kiedy tylko Elsa poznała Czkawkę wiedziała, że jego imię jest zwodnicze. Wyglądał na bezbronnego, ale jego pewność siebie i sam sposób wysławiania się dawały do zrozumienia, że jest on osobą o niezwykłej inteligencji, nie wywyższał się jednak i to tak naprawdę przekonało do niego Elsę. Wiedziała, że owijanie w bawełnę nic nie da, więc zabrała i jego i Astrid do swojego pokoju i powoli wykładała im plan, odpowiadała spokojnie na każde pytanie, najgorzej było, kiedy Astrid spytała, dlaczego mają pomagać komuś, kto potencjalnie może być zły. Wiedziała, że nie mają zaufania do Laury, ale zapewniła ich o tym, że mogą im obu zaufać, bo doskonale wiedzą, co robią, a świat nie dzieli się na dobrych i złych, nie każdy może być tym, kim chce. Kiedy Elsa wymawiała te słowa broniąc Laury, w pewien sposób czuła jakby mówiła o sobie, ona do niedawna nie mogła być sobą...
   Rozmowy przebiegły zadziwiająco dobrze i po chwili, którą była królowa dała im na przemyślenie całej oferty, zgodzili się. Nie umknęło uwadze Elsy, że Czkawka był do tego wszystkiego nastawiony bardziej pozytywnie. Co do Astrid to jej jeszcze nie rozgryzła. Dziewczyna była niezależna a jednak zawsze kręciła się blisko brązowowłosego. To były jednak ich prywatne sprawy. Władczyni lodu interesowało tylko to, że zgodzili się jej pomóc, że zgodzili się zrobić wielką rysę na planie Mroka, który chciał ich zniszczyć.
   Smoczy jeźdźcy zaraz spakowali się i poszli na przeszpiegi, aby dowiedzieć się jak dokładnie wygląda miejsce ukrycia Mroka. Elsa martwiła się o nich i chodziła niespokojnie po swoim pokoju, nie mogła się na niczym skupić a czarne myśli ciągle napływały do jej głowy. Nawet Laura zwracała jej uwagę, że jeśli się nie opanuje to ich cały plan wyjdzie na jaw. Elsa poczuła się urażona, kto, jak kto ale ona potrafi kontrolować swoje emocje, tylko, co z tego, skoro serce ściskało jej się ze strachu.
   Tym czasem czkawka sumiennie latał wkoło siedziby Mroka i rysował każdy szczegół jaki widział, czarne stwory biegające wokoło posesji zdawały się być cały czas na posterunku, w końcu jednak spostrzegł, że po około sześciu godzinach, szarzeją i powoli znikają, po pięciu minutach pojawiają się nowe, które tak jak poprzednie wytrzymują tylko sześć godzin. Zapisał to wszystko a Astrid obserwowała zimie w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia. Wracali już spokojniej, teraz dopiero zobaczyli na własne oczy, z czym przyjdzie im się zmierzyć po półgodzinie drogi usłyszeli śmiech a w niebo wystrzeliła stróżka wody.
-Nie trafiłeś! Marny z ciebie czarodziej!- Usłyszeli męski głos i śmiech, nie zastanawiali się długo nie mieli czasu. Zlecieli, więc tylko odrobinie niżej i widząc dwóch młodzieńców, którzy najwyraźniej byli czarodziejami, postanowili w stary, dobry sposób wikingów, porwać ich. Lecieli do domu w akompaniamencie krzyków i przekleństw, ale nie mieli czasu na wyjaśnienia, musieli przedstawić tą dwójkę Elsie, wiedzieli, że czarownicy bardzo mogą im pomóc.
   Elsa mogła odetchnąć dopiero następnego dnia, kiedy wpadł do niej uśmiechnięty Czkawka i przedstawił dokładny rysunek twierdzy Mroka, zaznaczył gdzie znajdują się strażnicy i ilu ich jest. Zaraz po nim Astrid wręcz wciągnęła do pomieszczenia rozkojarzonego blondwłosego nastolatka i trochę starszego buntowniczo nastawionego bruneta.
-Kto to?- Spytała zdziwiona, każąc im wszystkim usiąść przy małym stoliku.
-To czarodzieje. Czarowali, kiedy wracaliśmy, pomyśleliśmy, że mogą się przydać.- Odparła dumna z siebie dziewczyna. Elsa uśmiechnęła się radośnie, zaraz jednak spoważniała.
-Dlaczego mam wrażenie, że nie przyszli tu z własnej woli?- Spytała zimno patrząc na właścicieli smoków.
-Z własnej woli?!- Krzyknął brunet.- Te wielkie bestie porwały nas, kiedy szukaliśmy Trzminorek’a a później zaciągnęli nas tu siłą!- Elsa popatrzyła na niego przepraszająco, wyglądali jej na mieszczan, nie było sensu ich niepotrzebnie denerwować.
-Witaj Elso.- Powiedział za to z uśmiechem blondyn rozglądając się ciekawie po pomieszczeniu.- Mój dziadek był kiedyś w twoim królestwie i trochę mi o tobie opowiadał, od razu cię poznałem. A mój brat nie chciał mi wierzyć…- Uśmiechnął się lekko.- Nazywam się Aaron Lovegood*, a to jest Mason Nott*.- Mason prychnął tylko pod nosem, ale nie odezwał się.- Możemy wiedzieć, po co nas tu sprowadzono?
-Ah, oczywiście, mi też miło was poznać i przepraszam za wasze… niedogodności odnoście podróży tutaj. Ja nazywam się Elsa, to jest Czkawka i Astrid. Bardzo przepraszam za nasze zachowanie. Powiedzcie proszę, czy umiecie zrobić Patronusa?- Miała nadzieję, że tak, bardzo to by im pomogło.
-To trudne zaklęcie, jednak tak się składa, że oboje je potrafimy.- Powiedział opryskliwie brunet. Tą chwilę wybrała sobie Laura na zapukanie do drzwi i wejście bez pozwolenia, była lekko zaspana. Nie odezwała się, by nie przerywać rozmowy i tylko usiadła obok Elsy i wsłuchała się w rozmowę.
-Może nie będziecie musieli go używać. Jeśli oczywiście zechciejcie nam pomóc…
-Jasne, że tak.- Wtrącił blondyn z rozmarzonym uśmiechem, Nott tylko westchnął, ale nie odezwał się. Wszyscy odetchnęli z ulgą i Elsa powoli wyjaśniła im całą sytuacje.
-Polecicie na smokach razem z Astrid i Czkawką, nie będziecie się wtrącać dopóki sytuacja się nie pogorszy, jeśli się nie pogorszy. Pamiętajcie, że to misja ratunkowa, ratujemy siostrę Laury i uciekamy stamtąd jak najszybciej. Na razie zostańcie tutaj.- Elsa spojrzała na Laurę.- Laura przyniesie wam coś do jedzenia, wylecimy o północy.- Miała nadzieję, że uda im się wymknąć niezauważonym.- Ile może zająć dojście tam?- Spytała Czkawkę.
-Smokami to czterdzieści minut przy sprzyjających wiatrach, ale na nogach, dużo więcej może nawet pół dnia ciągłego marszu…
-A konno?- Spytała była królowa już tworząc w głowie pewien plan.
-Szybciej, a jeśli to będą wytrzymałe i silne konie, to kilka godzin.
-Dobrze wyruszamy o północy z lodowego ogrodu, Lauro ty zaprowadzisz tam tą dwójkę, nie zmieniamy planów, ja załatwię konie. Wchodzimy tam dokładnie sześć godzin po tworzeniu koszmarów, wiemy dzięki Czkawce, o której się to znaczenie, kiedy tylko zobaczymy, że znikają biegniemy ile sił w nogach do twierdzy. Laura wie jak to wszystko wygląda w środku, dalej sobie poradzimy, będziemy musiały jednak zostać ukryte w środku kolejne sześć godzin, macie wtedy nad nami czuwać, na tyle na ile to będzie możliwe. Wszyscy rozumieją.- Każdy kolejno pokiwał głową, może plan nie był do końca dopracowany, ale to musiało wystarczyć.- Dobrze. Teraz wybaczcie muszę pomyśleć w samotności- Wyszła z tymi słowami, wszystko szło po jej myśli i była z tego zadowolona, nadal czuła jednak na sercu pewien ciężar. Odkąd tylko zaczęły planować, Elsa starała się jak tylko mogła unikać Jack’a, czuła się przy nim nie komfortowo, myślała, że nie da rady utrzymać sekretu.
Cieszyła się, że wszystko szło tak gładko i szybko, myślała, że będą szukali tych czarodziei, jeszcze, co najmniej miesiąc, ale jak widać coś lub ktoś tam gdzieś w górze** postanowił w końcu trochę odpuścić Elsie. Dziewczyna chodziła zamyślona po korytarzach. Zadeklarowała się, że załatwi konie i miała pomysł jak to zrobić, co prawda nie miała pojęcia czy da radę, ale chciała spróbować.  Wyszła z domu i zaczęła biec w bliżej nieokreślonym kierunku, miała nadzieje, że nikt jej nie zauważy, potrzebowała ciszy i skupienia. Kiedy znalazła się, w jej mniemaniu, dość daleko od domu, zaczęła powoli przypominać sobie, co czuła, kiedy tworzyła Olafa, jej pociesznie w depresyjne dni. Uśmiechnęła się na samą myśl o nim, aż wstyd się jej zrobiło, kiedy zdała sobie sprawę jak mało czasu spędzają teraz razem. Odgoniła negatywne myśli od siebie i starała się uspokoić. Powoli napływały do niej uczucia. Radość i wolność, jeśli można wolność nazwać uczuciem, lepszym określeniem byłaby niezależność, ale to nie oddawało jej stanu to była wolność czysta niezmącona strachem wolność, zaczynała teraz też powoli je czuć. Przypomniała sobie Jack’a jej nadzieję na lepsze jutro i wtedy w miłych uczuciach pojawiła się niepewność, że przez jej tajemnicę jej ukochany ją znienawidzi, nim to uczucie ja ogarnęło wypuściła z siebie swoją moc. Otwarła powoli oczy, nie pamiętała nawet, kiedy je zamknęła. Rozejrzała się po polanie u jej nóg spało małe białe zawiniątko. Dotknęła jej niepewnie dłonią a małe coś podskoczyło, prychnęło i stanęło na drżących nogach naprzeciwko niej. Cała jego postawa mówiła, że nie jest pewne niczego, co może się zaraz stać. Zwierzę wyglądało jak mały konik, było urocze, kichnęło nagle i Elsa zobaczyła długie śnieżnobiałe skrzydła. Była zachwycona.
-Nie bój się maluszku.- Szepnęła do niego a zwierzę jakby uspokoiło się od samego tonu jej głosu, nie ważne, co do niego mówiła. Zaraz zaczęło skakać ze szczęścia i radości wokoło niej. Było takie radosne, ale jednak w każdym ruchu na nowym terenie wyczuwało się niepewność. Elsa obserwowała je chwilę i dotarło do niej, że stworzenie ma w przeważającej ilości te uczucia, jakie ona sama czuła przy jego tworzeniu. Uśmiechnęła się lekko, ale i z pewnym niepokojem.- Cóż na tobie raczej nie pojedziemy, co? Chodź idziemy do domu.- Pegaz jedynie prychnął i zaczął biegać coraz dalej.- No tak, przecież jesteś wolny.-Uśmiechnęła się.- Odwiedzę, cię jeszcze dzisiaj...
   Miała serce ciężkie jak kamień, kiedy szła do zimowego ogrodu Jack’a. Olaf przybiegł do niej podekscytowany, chcąc powiadomić ją, że właśnie tam chce się z nią spotkać Jack. Denerwowała się, że nie będzie umiała utrzymać tajemnicy. Mimo, że przez większość życia skrywała swoją moc, to nie była pewna czy da radę okłamywać swojego ukochanego. Kiedy tak szła przypomniała sobie, po co w ogóle wyruszyła z domu i jej serce momentalnie zabiło mocniej. Odkąd poznała białowłosego czuła, że żyje. Patrząc wstecz od chwili, gdy opuściła dom nie było decyzji, której by w jakiś mocny sposób żałowała, miała nadzieję, że ich tajnej misji też nie będzie żałować, że wszystko pójdzie po jej myśli. Weszła do ogrodu, nie miała na sobie rękawiczek, chciała pokazać chłopakowi jak bardzo mu ufa.
-Hej.- Podeszła do chłopaka i pocałowała go lekko w policzek, postanowiła być dla niego milsza i bardziej otwarta. Nie została stworzona z lodu, nie widziała, więc już sensu w graniu niewzruszonej bryły. Dotarło do niej, że dopiero teraz wybaczyła sobie wszystkie błędy, jakie popełniła i było jej z tym niesamowicie dobrze. Białowłosy uśmiechnął się do niej delikatnie. Chciał wypytać ją o Laurę nie umknęło jego uwadze to, że ostatnio strasznie się z nią zaprzyjaźniła. Bał się o ukochaną.
-Kocham cię.- Powiedziała z uśmiechem, najszerszym, jaki kiedykolwiek widział na jej twarzy. Był zaskoczony, ale też niesamowicie szczęśliwy, od razu z głowy wyparowało mu to, o czym chciał z nią porozmawiać.
-Ja ciebie też, nawet nie wiesz jak bardzo.- Złapał ją w ramiona a ona po prostu się śmiała, szczerze. Nie przejmowała się już manierami, nie była u siebie we dworze, nie była już królową, nikt niczego on niej nie wymagał, była wolna, była szczęśliwa. Postawił ją na ziemi, w tej chwili oboje czuli się bezpiecznie, byli tylko oni, nikt inny. Chłopak zamknął ją w ciepłych ramionach, tak, że musiała oprzeć dłonie na jego torsie, dopiero teraz zauważył brak rękawiczek. Uśmiechnął się szerzej, o ile to możliwe i pocałował ją w policzek. Nie potrzebowali rozmowy, by sobie wszystko wyjaśnić. On zrozumiał, że dziewczyna potrzebuje czasu a ona w końcu przestała się bać, że wszystko, czego się dotknie zostanie pokonane. Zaufała mu całkowicie a on zaufał jej, mimo, iż oboje byli świadomi, że nie będą sobie mówić o wszystkim, nie byli taka parą, wiedzieli jednak, że ich druga połówka, nigdy ich nie zdradzi, przynajmniej nie świadomie. W chwilach takich jak ta byli tego po prostu pewni. Dziewczyna wtuliła się w niego mocno, była pewna, że wszystko będzie dobrze. Nikt nie miałby serca by w tej chwili im przeszkodzić, mimo, iż robiło się coraz później a oni spacerowali przy głośnej rozmowie albo przytulali się w całkowitym milczącym porozumieniu. Znaleźli swoje szczęście. Kiedy zorientowali się, że zrobiło się już prawie ciemno, wrócili do domostwa. Jack odprowadził dziewczynę pod drzwi komnaty i pożegnał Elsę cichym „Kocham cię”. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, nieco tajemniczo, pocałowała go delikatnie i tuż przed zatrzaśnięciem drzwi powiedziała.- Połączyła nas wieź nie do przełamania.
   Była zawstydzona swoimi słowami, ale też szczęśliwa, wolna, odważna i silna jak nigdy dotąd, jej umysł był czysty od jakichkolwiek negatywnych emocji, jej myśli płynęły gładko. Wiedziała dokładnie, co ma robić. Odczekała jeszcze chwilę, by być pewną, że Jack’a nie ma pod drzwiami. Była jedenasta. Spojrzała na przypatrujących się jej czarodziejom. Spojrzała na ich bagaże.
- Ubierzcie się ciepło, na górze wieje silny wiatr.- Wyszła z tymi słowami i jak na skrzydłach pognała do małego Pegaza. Zwierzę podbiegło do niej, gdy tylko ją zauważyło. Elsa pogłaskała go powoli i szybko, by nie umknęły jej emocje zamknęła oczy i zaczęła formować swoją moc. Chciała dwa pegazy i dostała, dwa niezwykle, piękne, mocne i zachwycające osobniki.- Widzisz mały, już nie jesteś sam a nadal możesz być wolny.- Malutki jakby jej nie słuchał, już kręcił się koło dorosłych koni. Elsa miała nadzieję, że im pomogą, stworzyła wolne istoty i nie zamierzała ich do niczego zmuszać. Była pewna, że wszystko pójdzie dobrze. Musiało. Na powodzeniu tego wydarzenia opierało się jej całe życie, tylko dzięki temu, że ma szansę pomóc komuś pierwszy raz w pełni świadoma swoich umiejętności. To wydarzenie miało zaważyć o tym, jaka będzie jej przyszłość. Wynik tej akcji miał albo ją pogrążyć, albo już na zawsze sprawić, że nie będzie żałowała tego, kim jest.

*To są, że się tak wyrażę, bracia przodków postaci, jakie znaliśmy w Harrym Potterze. (Mam nadzieję, że to wyjaśnienie nie jest zagmatwane jak Moda na Sukces…)

**Albo autorka siedząca przed komputerem, Muhahaha jestem panią ich losów; Wszyscy umrą. Może……………. Nieee raczej nie.



Dla Anny. ( Dziewczyny, która napisała dwusetny komentarz na moim blogu)

Z góry zaznaczam, że historia opisana w tej notce, ma związek z całym opowiadaniem, ale nie ma określonego czasu. Można ją nazwać wspomnieniem Elsy, ale nie ma wpływu na inne wydarzenia. No może jakieś tam ma, bo na pewno będzie jeszcze wspomniana, ale dużo wody upłynie nim o niej wspomnę. Zapraszam.

 Ten ranek był dla mnie koszmarny. Na dworze szalała burza, wszystko mnie irytowało. Nie miałam najmniejszej nawet ochoty wstawać z łóżka, w sumie takie przespanie dnia albo nawet przeleżenie w łóżku nie jest takim złym pomysłem? Pomyślałam, że każdy ma czasami zły dzień i nie warto narażać innych na mój zły humor. Zdążyłam znowu zapaść w przyjemne odrętwienie. Wiecie, taki stan między snem a jawą, jesteście świadomi, ale jednocześnie czujecie się jak we śnie. Już powoli zapadłam w sen, kiedy z letargu wyrwało mnie głośne otworzenie drzwi. Usiadłam patrząc zimnym wzrokiem na białowłosego, który próbował zrobić minę niewiniątka. Podniosłam rękę, by wskazać mu wyjście, naprawdę byłam nie w humorze, wolałam z nim nawet nie rozmawiać. Chłopak zamknął powoli drzwi, cały czas stojąc do mnie przodem, już chciałam otworzyć usta i w dość nieprzyjemny sposób go wyprosić, kiedy niemal niesłyszalnie powiedział.
 -Ciii, pragnę tylko Cię uszczęśliwić.- Moje serce dziwnie drgnęło, nie miałam pojęcia, do czego to wszystko zmierza, nikt nigdy tak do mnie nie mówił, ani takim tonem.- Dzisiaj jesteś cała moja, nie ważne, czego chcą inni.- Z każdym słowem zbliżał się do mnie o krok, nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie był tą radosną wersją siebie, nie wiedziałam, czy mam się zacząć bać, czy uśmiechnąć. Moje serce zabiło mocniej a w brzuchu pojawił się dziwny skurcz. Jack uśmiechną się tym swoim seksownym uśmiechem, od którego zawsze miękło mi kolana i powolnie wyciągnął zza pleców śliczny i delikatny bukiet złożony z czerwonych róż. Byłam całkowicie zagubiona, ale przyjęłam kwiaty. Pocałował mnie w policzek, nie zdążyłam się nawet zarumienić, bo wyszedł ze słowami ”Czekam na dole”.         Rozważałam pozostanie w łóżku, naprawdę nie czułam się zbyt pewnie i nie podobało mi się to, ale ciekawość była przeważającym uczuciem. Ubrałam swoją grubą niebieską sukienkę z złotymi zdobieniami i czarna górą, przeczuwałam, że chłopak nie chce ze mną zostać w domu Mikołaja. Z sercem bijącym w szalonym tempie zeszłam na dół. Jack czekał a jakże. Nie spodziewałam się, że zrzuci swoją ulubioną bluzę i wygodne spodnie na rzecz czarnego garnituru, z niebieską koszulą i czarnym krawatem. W ręce trzymał swoją ośnieżoną laskę, wyglądał niesamowicie.
-Co… ty planujesz?- Spytałam niepewnie a całą złość z poranka wyparła czysta ciekawość, podekscytowanie i lekka niepewność. Uśmiechnęłam się widząc, że nadal nie ma na sobie butów.
-Zobaczysz.- Powiedział i ujął moja dłoń, odziana w rękawiczki. Nie byłam w stanie mu się sprzeciwić, zupełnie jakby mnie w jakiś magiczny sposób zaczarował, ale wcale nie czułam się z tym, źle.- To nie będzie Ci potrzebne.- Wyszeptał niemal do mojego ucha i szybko je zdjął, nie zdążyłam się odezwać, bo wyciągnął mnie na zewnątrz. Miałam dziwne przeczucie, że raczej nie odda mi mojego zabezpieczenia przed sama sobą, więc nawet nie narzekałam. Spojrzałam najpierw na niego, a później podążyłam za jego wzrokiem. Przed schodami stały stare sanie Mikołaja zaprzęgnięte w renifery, zwierzęta patrzyła na nas a ja miałam wrażenie, że się uśmiechały.
-Mikołaj Ci je pożyczył?- Spytałam siadając w wnętrzu, chłopak uśmiechnął się szeroka i złapał lejce.
-Nie.- Odparł i skradł mi szybki pocałunek. Naprawdę nie rozumiałam jak on może się zmieniać w radosnego niedojrzałego chłopca w mężczyznę, któremu nie mogę się oprzeć. Zazwyczaj nie pozwoliłabym mu na takie traktowanie, ale odgonił mój zły humor i przecież nikt nas nie widział, więc mogłam spokojnie po prostu odpuścić. Chłopak nagle puścił lejce a widząc mój wystraszony wzrok uśmiechnął się szeroko- Spokojnie wiedzą gdzie maja lecieć.
-Gdzie?- Spytałam od razu patrząc, jak schyla się i wyciąga spod siedzenia mały koszyk. 
-Zobaczysz.- Uśmiechnął się i wyjął z koszyka kanapki. Spojrzałam na nie sceptycznie, daleko było im do normalnych kanapek.- Sam je zrobiłem.- Powiedział z wyraźną dumą, więc ugryzłam mały kenes i sama przed sobą musiałam przyznać, że były naprawdę dobre.
- Od teraz już zawsze robisz mi kanapki.- Spojrzał na mnie tak sentymentalnie. 
-Zawsze.- Powtórzył i o ile to możliwe stał się jeszcze bardziej radośnie. Jechaliśmy tak długo rozmawiając o niczym konkretnym, lub obserwując krajobraz, który powoli zmieniał się na coraz bardziej egzotyczny i słoneczny, przynajmniej ja obserwowałam krajobraz, bo białowłosy patrzył się tylko na mnie i moją twarz, czym wprawiał mnie w ciągłe zakłopotanie. Zwracałam mu uwagę kilka razy, ale on zachowywał się tak jakby mnie nie słyszał zbyt wyraźnie, uśmiechał się tylko z taką melancholią i rozmarzeniem, jakby, co najmniej cuda jakieś jego oczy widziały. Schlebiało mi to bardzo, ale nie byłam przyzwyczajona by ktokolwiek patrzył na mnie takim wzrokiem, by ktokolwiek patrzył na mnie tak otwarcie. Odwracałam głowę, niemal natychmiast nie mogłam znieść tych jego oczu, bałam się, co mogę w nich zobaczyć, bałam się, co on może zobaczyć w moich własnych.
   Kiedy wysiedliśmy słońce stało wysoko na niebie a chmury, które rano wprowadziły mnie w stan lekkiej depresji gdzieś zniknęły. Jack złapał mnie delikatnie za rękę i prowadził po bajecznie kolorowym ogrodzie. Wszędzie rosły zielone żywopłoty do kolan tworzące niby labirynt z korytarzy. Gdzieniegdzie widać było czerwone i białe kwiaty, tak piękne, iż byłam pewna, że oczy mi się świeciły na sam ich widok. Chciałam zapamiętać wszystko, nie miałam pojęcia, kiedy może trafić się taka okazja.
-Znasz Francuzki?- Spytał z ciekawością, cały czas na mnie patrząc.
-Tak.- Nasz kraj pertraktował z Francję, sprowadzaliśmy z niej głównie stroje lub tkaniny, znajomość tego języka znacznie pomogła mi w handlu. On uśmiechnął się jedynie i zaprowadził mnie do pięknego zdobnego budynku. Weszliśmy do środka, nie miałam pojęcia, co zastanę w środku.-Oh, teatr.- Westchnęłam mimowolnie, uwielbiałam to, kiedy jeszcze byłam w królestwie, to nie znaczy wcale jednak, że często mogłam sobie pozwolić na takie przyjemności. „Romeo i Julia” Widziałam to po raz pierwszy, ale dużo o tej sztuce słyszałam. Białowłosy, co chwilę ściskał delikatnie mą dłoń, całował w policzek, gorsząc siedzących w około nas ludzi, lub wyszeptując cichutko wprost do mojego ucha zawstydzające słowa. Od zwyczajnego „Kocham Cię”, od którego moje serce galopowało jak stado spłoszonych koni po „moja miłość jest większa od tej Romea do Juli” w tej chwili nawet nie przeszkadzało mi, że oglądam tragedię, bo, mimo iż damy wokoło miały łzy w oczach, lub cicho popłakiwały, ja musiałam powstrzymywać się by na moje usta nie wpłynął ogromny uśmiech. Chciałam odpowiedzieć, ale nie miałam w sobie tyle odwagi, nie wiedziałam nawet, co chciałabym powiedzieć.
   Świeże powietrze było zbawieniem, myślałam, że od razu wrócimy, Jack miał jednak inne plany. Szliśmy przez ten piękny ogród w nieco dzikszą jego część, gdzie przed wzrokiem wścibskich osób chronił nas wysoki żywopłot. Znajdowała się tam mała polana ubarwiona kwiatami. Chłopak po raz kolejny zaskoczył mnie szykując dla nas piknik. Nie zdążyliśmy tam dojść, bo zatrzymałam go i zdążywszy jeszcze szepnąć ciche „dziękuję” złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek, trwający dłużej niż planowałam, ale nie miałam najmniejszej ochoty się od niego oderwać.
   Czerwone wino, wykwintne potrawy i swobodna, ciekawa rozmowa. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałam się, dlaczego właśnie on zawładnął moim sercem, to w takich momentach dostawałam najcudowniejszą z możliwych odpowiedzi. Po pikniku długo jeszcze leżeliśmy, on na kocu, ja na jego piersi i wygrzewaliśmy się w promieniach słońca. Słyszałam bicie jego serca, czułam każdy jego oddech i byłam szczęśliwa. Złączył nasze dłonie i zapragnęłam by tak było już zawsze, czułam bezpieczeństwo. Powiedziałabym, że byłam tam gdzie powinnam być, ale to nie byłaby prawda, ja po prostu byłam z Nim i z Nim być powinnam, nieważne gdzie.
   Nie zliczyłabym, nawet gdybym próbowała ile razy rozśmieszył mnie w drodze powrotnej, już nie liczyły się dla mnie krajobrazy, liczyła się tylko jego szczęśliwa twarz. Już nie czułam zażenowania, bo wiedziałam, że oboje powinniśmy tak na siebie patrzeć, jakby nie istniało nic oprócz nas. W każdy inny dzień moje uczucia niepokoiłyby mnie, ale nie dzisiaj, bo, mimo, iż wstałam zła bez powodu, to dzisiejszy dzień nie mógłby być lepszy. Pożegnał mnie przy pokoju pocałunkiem, prosząc jeszcze bym ubrała coś swobodnego. Myślałam, że jego wszystkie pomysły się wyczerpały, nie miałam wtedy jeszcze pojęcia jak bardzo się mylę. Zeszłam powoli do jadali, chcąc zjeść jak zwykle z wszystkimi kolację, niepokoiła mnie jednak ta cisza i ciemność. Poczułam strach. Weszłam ostrożnie do pomieszczenia jadalnego i zewsząd ogarnął mnie hałas i cała paleta barw.
-Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.- Wyszeptał Jack i pocałował mnie, nie zdążyłam się nawet zakłopotać tym, że wszyscy na nas patrzą, bo oderwał się ode mnie i wszyscy po kolei składali mi życzenia. Zebrali się wszyscy znajomi, to nie był wykwinty bal, ale spotkanie w gronie najbliższych. Tańczyłam z nim przez cały wieczór i nawet nie pomyślałam, że zaniedbuję gości. Dopiero później Anna uzmysłowiła mi, że nikt nie miał mi tego za złe, bo pierwszy raz widzieli mnie tak szczęśliwą.
   Dopiero, kiedy białowłosy odprowadzał mnie to pokoju, tym razem już bez żadnych niespodzianek, spostrzegłam, że przez cały ten czas nie miałam na sobie tych rękawiczek. Nie martwiłam się, co przyniesie jutro, chodź wiedziałam, że mój spokój nie będzie trwał wiecznie. Pod drzwiami znów mnie pocałował a ja pozwoliłam na to.
-Chciałbym, żebyś pozwalała mi się tak często całować już zawsze.- Uśmiechnęłam się i tuż przed zaniknięciem drzwi powiedziałam.
-Zapomnij.- Szłam spać z dźwiękiem jego śmiechu odbijającym się echem w mojej głowie jeszcze przez długi czas. To był jeden z sześciu najszczęśliwszych dni mojego życia.